Opublikowano Dodaj komentarz

Rozdział 3 – Rozpoznanie

„Niektórych demonów nie trzeba wywoływać. Wystarczy wrócić.”

Nie spojrzałam za siebie, gdy wychodziłam z sali. Nie musiałam. Czułam jego wzrok na plecach jak ostrze — tępe i ślizgające się po skórze, ale wciąż niebezpieczne.

Zeszłam schodami w dół, na tylny taras. 

Musiałam odetchnąć. Musiałam na chwilę wyjść z tego tłumu kobiet.

Zimne powietrze niosło zapach starej magnolii i drogiego koniaku. Trawnik przy tylnym tarasie był przystrzyżony z precyzją chirurgicznego skalpela, a kolumny, pod którymi się schowałam, lśniły marmurem kupionym za cudze łzy. Bogactwo i władza mnie otaczało.

Dom Everhartów się nie zmienił.

Ale ja już tak.

Oparłam się plecami o chłodny kamień i wciągnęłam powietrze, jakby to miało mi jakoś pomóc. Potrzebowałam chwili relaksu po tym spotkaniu. Palce lekko drżały na kieliszku, więc przycisnęłam go mocniej do siebie. Ruch automatyczny. Wyuczony.

Nie było tu miejsca na słabość. Jeszcze nie.

Z wnętrza domu dochodziły przytłumione dźwięki rozmów i muzyki. Orkiestra grała coś klasycznego. Vivaldi lub Chopin. Albo innego martwego mężczyzny, którego nuty zbyt długo służyły do przykrywania pustki na przyjęciach takich jak to.

Obserwowałam drzwi prowadzące na taras. Czekałam.

Nie minęły nawet trzy minuty, kiedy usłyszałam kroki. Szybkie. Niespokojne.

Znałam ten rytm.

Nie musiałam się odwracać, żeby wiedzieć, że to on. Podążył za mną. Jego obecność zawsze nosiła ze sobą napięcie. Zawsze wchodził do pokoju tak, jakby należał do niego świat. A jednak dziś… dziś coś w jego krokach było innego.

— Aurora.

Nie odpowiedziałam od razu. Czekałam. Chciałam, żeby poczuł ciężar tego imienia, zanim znów odważy się je wypowiedzieć.

Powoli, bez pośpiechu, odwróciłam głowę w jego stronę. Skupiona, bez uśmiechu, starając się zachować pustkę.

Był tam.

Callum Everhart. Mężczyzna, który kiedyś całował mnie z czułością, a potem… pozwolił, żeby dopadł mnie najgorszy koszmar każdej kobiety.

Wyglądał tak samo. Cholernie piękny. W czarnym smokingu, z rozpiętym guzikiem pod szyją i tą nonszalancją, której używał jak zbroi. Ale jego oczy… jego oczy już nie były pewne siebie. Już nie błyszczały chłodnym triumfem.

Wpatrywał się we mnie tak, jakby próbował połączyć obraz przede mną z duchem, którego zostawił dwa lata temu w swoim mieszkaniu.

— To naprawdę ty? — zapytał.

Unoszę brew. Oto mistrz elokwencji.

— Widziałeś kiedyś ducha, Callum? — Uśmiecham się chłodno. — Ja nie. Ale może czas to zmienić.

Zrobił krok w moją stronę. Drgnęłam nieznacznie, odruchowo, choć nie z lęku — raczej z dawnej pamięci mięśni. Ciało pamięta więcej niż rozum chciałby przyznać. 

Nie odpowiedział. Chciał tylko uzyskać odpowiedzi.

— Co ty tutaj robisz?

Śmiałam się w duchu. Oczywiście, że to było jego pierwsze pytanie. Nie jak się czuję. Nie dlaczego zniknęłam. Nie czy przeżyłam. Tylko co tutaj robię.

Bo ten świat nie znosi kobiet, które przybywają bez zaproszenia. Zwłaszcza takich, które noszą prawdę w spojrzeniu i tajemnice w fałdach drogiej sukni. Wtedy wiadomo, że będzie się działo coś niespodziewanego.

— Podziwiam dekoracje. Kandelabry wyglądają na nowe.

Jego szczęka lekko się napięła. Wiedział, że gram. Nie wiedział tylko jeszcze — w co.

— Aurora, proszę…

Słowo „proszę” z jego ust brzmiało obco. Sztucznie. Jakby próbował powstrzymać powódź własnymi dłońmi. Moje imię w jego ustach brzmiało tak…. źle.

Patrzyłam na niego nieco za długo.

A potem przyszły wspomnienia. Nie delikatne, nie wybiórcze. Całe, brutalne.

Głaskał mnie po plecach. Pocałował w szyję. Przesuwał palcami po skórze tak, jakby mnie znał. A ja… pozwoliłam. Nawet gorzej — chciałam tego.

Bo miałam szesnaście lat. Bo nikt wcześniej nie dotykał mnie tak, jakby wszystko we mnie było warte uwagi.

Bo nie wiedziałam, że ktoś może patrzeć na ciebie tak uważnie, tylko po to, żeby potem obedrzeć cię ze skóry i wrzucić do śmieci.

Jego usta na moich. Dłoń sunąca po nagim udzie. Szept w ciemności: „Nie bój się, nikomu nie powiem. Będę delikatny”

Szepty zamieniają się w chichoty. W rozmowy. W wiadomości.

Zdjęcie. Obnażone ciało. Moje. Wysunięte z kontekstu. Ujęcie jak z filmu porno, które nigdy miało nie powstać, i kolejne… i kolejne.

„Zrobiłem to. Łatwa była.”
„Jasne, że się zakochała. Cnotka z Richmond.”
„Kto następny?”

Potem — wybiegnięcie. Deszcz. Opony. Krzyk. Ból. Jego oczy. Czerń. Szpital. Samotność.

Cisza.


Wracam do rzeczywistości. Callum coś mówi. Nie słyszę słów. Patrzę na jego usta, ale nie robią na mnie wrażenia. Nie teraz.

— Aurora, muszę z tobą porozmawiać.

— Ale ja nie muszę cię słuchać.

To zdanie zostaje między nami jak ostrze. Proste. Celne. Brutalne.

Zatrzymał się. Milczał. Widziałam w jego oczach coś nowego. Nie był już taki pewny, nie był pewny, czy mnie dotknąć, czy uklęknąć. Nie był pewien, czy zasługuje, by się jeszcze odezwać.

To dobrze. To pierwszy krok do świadomości winy.

— Nie wiedziałem, że cię to… — zaczął. — Że to tak się skończy. Gdybym wiedział…

— Gdybyś wiedział, zrobiłbyś zdjęcie z lepszym kątem? — przerwałam mu. — Może wrzuciłbyś je na Snapchata? A może byś mnie nagrał? Może nagrałeś?

Zbladł.

Wzięłam głęboki oddech. I wtedy, po raz pierwszy, pozwoliłam sobie na odrobinę prawdy:

— Nie wróciłam, żebyś mnie przeprosił. Nie chcę twojego żalu. Chcę, żebyś poczuł, co to znaczy zostać rozbitym na części. I żebyś nigdy nie był pewien, kiedy to się stanie. To twoja impreza. Wracaj do gości — powiedziałam obojętnie.

— Nie mogę — odpowiedział. — Nie po tym, jak cię zobaczyłem. Po tym, co… co się stało.

— Och, Callum. — Uśmiechnęłam się, nie podnosząc brwi. — Dla ciebie to się „stało”? Dla mnie to było coś więcej.

Zamilkł.

— Chciałem cię znaleźć — dodał po chwili. — Ale… nie wiedziałem, gdzie jesteś. Wszystko zniknęło. Twój numer, twoje konto, nawet twoja rodzina… nikt nic nie mówił.

— Bo tego właśnie chciałam. Zniknąć dla ciebie. I dla nich.

Patrzyłam na niego długo. Był zdezorientowany, wstrząśnięty — ale to nie był jeszcze żal. To był strach. Strach, że przeszłość wróci. Nie dlatego, że zrobił krzywdę. Ale dlatego, że ja już nie jestem tą samą dziewczyną, którą dało się zniszczyć i zapomnieć.

— Masz szczęście, Callum — szepnęłam, przechodząc obok niego. — Że to ja wróciłam. A nie ta, którą złamałeś.

Odwróciłam się. Zostawiłam go tam — sam na kamiennej posadzce, z kieliszkiem w ręce i sercem, które chyba wreszcie zaczęło rozumieć, że coś zostało utracone.

Nie usłyszałam jego kroków.

Ale słyszałam echo moich.

Wracałam do sali z głową uniesioną wysoko. W środku we mnie było wszystko: wściekłość, trauma, siła i chłodna satysfakcja.
Gdzieś, głęboko we mnie — ledwo słyszalnie, prawie niewidocznie — krzyczała ta dziewczyna sprzed dwóch lat.

Ale dziś jej nie odpowiadałam.

Bo dziś to ja mówiłam ostatnie słowo.

Jego świat właśnie się otworzył.
Na to, czego nie był gotów zobaczyć.
Na mnie.

Na prawdę.

Opublikowano Dodaj komentarz

Rozdział 2 – Spotkanie przy szampanie

I nastał ten dzień.

Zapach białych róż. Szmer oraz stukot kryształów. Delikatna muzyka fortepianowa sącząca się z kącika sali. Stałam w cieniu kolumny, tuż przy wejściu na taras, trzymając w dłoni kieliszek szampana zastanawiając się co tutaj robię. Drżały mi tylko palce — ledwie zauważalnie. Reszta była perfekcyjna. Przynajmniej tak wyglądałam na zewnątrz. Co innego działo się w środku.

Satynowa suknia w kolorze głębokiego szmaragdu opinała moje ciało tak, jakby została uszyta specjalnie dla niego, aby kusić… kusić innych. Dekolt kończył się tuż nad linią biustu, plecy były odkryte niemal do pasa, a cienki łańcuszek z onyksową zawieszką delikatnie połyskiwał w sztucznym świetle. Na nadgarstku – prosty zegarek, nie biżuteria. Potrzebowałam tej kontroli, tej pewności siebie oraz swojego ciała.

Oczy miałam chłodne. Niebieskie jak woda w najciemniejszym punkcie jeziora. Nie widać było w nich strachu. Ani winy. Nie okazywałam emocji, nie okazywałam niepokoju. Nie po to tutaj przyszłam.

To on miał się bać.

I był tutaj. Callum Everhart stał po drugiej stronie sali, otoczony przez gości, uśmiechnięty, nonszalancki jak zawsze. Pewny siebie oraz tego jak wpływa na innych. Miał na sobie czarny garnitur, perfekcyjnie skrojony, jednak jego koszula bez krawata była rozpięta przy szyi. Nawet teraz — wśród tłumu wpływowych ludzi, pod spojrzeniem kamer i oczekiwań ojca — wyglądał, jakby był panem całej sceny.

Minęła chwila.  Obserwowałam jak skanował pewnym wzrokiem tłum wokoło przysłuchując się konwersacji obok niego.

A potem mnie zobaczył.

Spojrzenie trwało trzy sekundy. Trzy sekundy, które były zbyt długie, jak na „przypadkowy kontakt wzrokowy”.

Widziałam jak zadrżał.

Zamarł.

Oczy mu pociemniały, a kieliszek z szampanem, który podnosił właśnie do ust, zatrzymał się w połowie ruchu. Owionął moja twarz i sylwetkę wzrokiem.

— Kto to jest? — szepnęła kobieta obok niego ale na tyle, że ją usłyszało pół sali. Blada, młoda, z nazwiskiem znanym z tabloidów. Jedna z potencjalnych „kandydatek” — bo to przecież zaręczynowe przyjęcie urządzone przez jego ojca. To tutaj miał wybrać przyszłą żonę.

— Nie wiem — skłamał Callum. I spuścił wzrok. Widziałam to. 

Oczy mu ściemniały. Dłoń na kieliszku lekko zadrżała. Tak, skarbie. To ja. Ta, o której mówiłeś „ta cicha, łatwa zdobycz”. Ta, którą wykorzystałeś. Ta, której nie miałeś odwagi przeprosić. Ta, którą prawie zabiłeś — i o której zapomniałeś.

Chciałam zrobić ten krok. Zaczęłam iść w jego stronę. Powoli. Celowo. Każdy krok był rytuałem. Poruszałam biodrami, szłam pewnym krokiem. Czułam spojrzenia. Ludzie rozsuwali się jak kurtyna. Widzieli tylko efekt. Tę suknię. Te szpilki. Jestem nową kobietą, a stara Aurora nigdy nie tak by się nie zachowała.

Nikt nie widział prawdy.

Pod suknią biło serce, które znało ból. Dłoń, która tuliła dziecko, kiedy miało gorączkę. Ciało, które pamiętało jego dotyk – nie ten piękny, ale ten, który bolał jeszcze długo po tym, jak się wszystko zakończyło.

Zatrzymałam się przy stoliku z kieliszkami. Odstawiłam pusty i zabrałam tym razem jeden znajdujący się tam, gdzie bezalkoholowe. Chciałam mieć trzeźwy umysł.

Nie odwróciłam się, ale wiedziałam, że idzie. Czułam jego spojrzenie, zanim zrobił pierwszy krok. Zawsze był impulsywny. A teraz wydawał się spanikowany. Idealna mieszanka.

— Aurora?

Jego głos. Niski, zbyt cichy. Niepewny. Jakby mówił do ducha. Stał za mną.

Odwróciłam się wolno. Pozwoliłam mu zobaczyć całość. Twarz. Włosy. Ramiona. Oczy, które kiedyś były dla niego miękkie. Teraz były zimne.

— Dobrze pamiętasz — powiedziałam pewnym siebie glosem. Uśmiechnęłam się, ale nie dla niego. Dla siebie.

Bo właśnie w tym momencie wiedziałam, że gra się już zaczęła.

— Co… co ty tu robisz?

Och, biedactwo. Nie miał jeszcze pojęcia.

— Celebruję zaręczyny — odparłam gładko. — Przyszłam Ci pogratulować. Która to twoja wybranka?

Zerknął na salę, jakby szukał ucieczki. Jakby chciał, by ktoś go wyrwał z tej chwili. Ale nie było ratunku. Zniszczył mnie tamtej nocy, przez niego miałam wypadek, przez niego musiałam zniknąć – to teraz mógł się nacieszyć moją obecnością.

Zbliżyłam się o krok. Wystarczająco blisko, by poczuł mój zapach. Ciemne piżmo. Kadzidło. Ciężkie i dominujące – jak ja teraz.

— Porozmawiajmy — rzucił nagle. Nerwowo. — Na osobności.

— O czym, Callum?

Patrzył na mnie, jakby próbował cofnąć czas.

— O tym, jak mnie przeleciałeś, a potem się chwaliłeś przyjaciołom? — szepnęłam cicho. — Czy o tym, że to miała być tylko zabawa? Dalej się chwalisz, że przeleciałeś szesnastolatkę?

Zbladł. Pierwszy raz w życiu był w takiej sytuacji.

Jeszcze nie wiedział, że to dopiero pierwszy akt. Że dzisiejsza noc to wstęp do jego piekła.

— To nie… — zaczął.

— Nie? — przerwałam mu. — Więc przypomnij mi, jak było. Mam fatalną pamięć do kłamstw.

Zamilkł. Głos mu zamarł w gardle. Wpatrywał się we mnie, jakbym nie była realna. Jakby nie mógł pojąć, że wróciłam nie po to, by prosić o przeprosiny — tylko po to, by odebrać, co moje.

Zostawiłam go. Niech stoi. Niech myśli.

Jeszcze mnie nie znał. Jeszcze nie wiedział, że już nie chcę jego miłości.

Chciałam jego upadku.

Ale zanim zniknęłam mu z oczu, odwróciłam się przez ramię.

Patrzył.

Szeptem, niemal niewidocznym ruchem warg, powiedziałam tylko:

— Zabawmy się, Everhart.

I odeszłam.

Z szampanem w dłoni i ogniem w żyłach. Wiedziałam jedno:

On nie będzie mnie prowadził w tym tańcu.
Tym razem to ja trzymam nóż.

Opublikowano Dodaj komentarz

Rozdział 1 – Powrót

Lot do Londynu był dla mnie dość długi. Nie w wymiarze godzin, ale ciężaru wspomnień, które zaczęły osiadać na mojej klatce piersiowej. Wszystko zaczęło się, gdy ledwie samolot oderwał się od ziemi. Gdy stewardesa zamknęła luk nad moją głową, a ja zapięłam pasy, czułam się, jakby zamknęła mnie w trumnie z przeszłością, której nie chciałam oglądać. Jednak nadszedł ten moment, by zrobić kolejny krok.

Lei spał w moich ramionach, jego małe dłonie zaciskały się na moim swetrze, a ciałko dociskało do piersi. Oddychał miarowo, spokojnie, zupełnie nieświadomy burzy, która szalała we mnie. Wciąż był tak niewinny i dodawał mi nieco siły, bo teraz tylko on się liczył.

Nie zasnęłam ani na minutę. Całą podróż myślałam o tym, co czeka mnie po wylądowaniu tuląc do piersi małego chłopca.

Richmond.

Część Londynu, prawie jak osobne miasto. 

Dom, który znałam przez cale życie. Ulice, którymi chodziłam do szkoły, park, gdzie czytałam książki pod klonem. I miejsce, w którym… Nie. Jeszcze nie. Jeszcze za wcześnie, by to roztrząsać. Nadejdzie ten moment, gdy będę musiała się zmierzyć ze swoją przeszłością.

Kiedy koła samolotu dotknęły pasa startowego, moja szczęka się zacisnęła. Mój tik, nawyk… objaw nerwicy… Czułam metaliczny posmak w ustach, jakby wspomnienia wracały w formie fizycznej. Serce biło nierówno, gardło miałam suche. To było jak lądowanie w równoległym życiu — innym świecie, w którym nie byłam już tą samą dziewczyną. Czy aż tak można się zmienić w przeciągu dwóch lat?

Wróciłam jako matka. Kobieta silniejsza po złamaniu, którego doznałam. Odpowiedzialna, pewna siebie, i mająca dość na koncie by sobie poradzić w życiu.

Wysiadłam z samolotu inna, zupełnie inna niż ta dziewczyna wsiadająca na pokład dwa lata wcześniej.

Ojciec nie przyszedł po mnie na lotnisko. Wysłał kierowcę. Typowe dla niego — dystans podszyty obowiązkiem? Nie. Raczej jak zwykle zakopał się w papierach by nie myśleć. Może nie wiedział, jak się zachować. Może nie chciał. A może, jak zwykle, udawał, że wszystko można przykryć ciszą i herbatą w porcelanowych filiżankach. Udawać, że nic się nie stało. Pomógł mi wtedy, ale odciął się jak tylko znalazłam się za oceanem.

Gdy czarne auto wjeżdżało na znajomą ulicę, odwróciłam głowę od szyby. Za dużo znajomych miejsc. Za dużo duchów, które mogłyby mnie wypatrzyć przez szkło. Chciałam jeszcze trochę pozostać anonimowa.

Dom był taki, jak go zapamiętałam. Duży, ceglany, ze starymi schodami prowadzącymi na werandę. Białe okiennice, których nikt nie odmalował od lat. Krzew róży przy furtce, który wciąż rósł dziko, jakby buntował się przeciw wszystkiemu. Niepozorny, ale w środku był dla mnie magiczny.

Lei rozbudził się, gdy przeniosłam go na rękach do środka. Spojrzał na mnie pytająco, z tym dziecięcym zaufaniem, które łamało mi serce. Był za mały, by rozumieć. Za niewinny, by się bać.

Ojciec czekał już na mnie w holu.

— Aurora — powiedział. Sucho. Jakby sprawdzał, czy to naprawdę ja. Przyglądał się niepewnie.

— Cześć, tato — odpowiedziałam, zmuszając się do uśmiechu. — To Lei.

Spojrzał na dziecko przez sekundę, jakby patrzył na zupełnie obcego człowieka. A może patrzył właśnie tak, jak zwykł patrzeć na mnie, kiedy byłam nastolatką — jak na zagadkę, której nigdy nie próbował rozwiązać. Tyle lat pod jednym dachem, ale wciąż byliśmy jakby obcy wobec siebie.

— Twój syn? — zapytał.

iwnęłam głową.

— Tak. – potwierdziłam tylko.

Nie zapytał o ojca. Nie zapytał o szczegóły. Nigdy tego nie zrobił, nawet gdy zadzwoniła do niego moja matka, aby go poinformować o ciąży. Był zbyt dobrze wychowany, żeby być bezpośredni, i zbyt tchórzliwy, żeby chcieć znać prawdę.

Odwrócił się tylko i poprowadził mnie do pokoju gościnnego, tego samego, w którym kiedyś nocowała matka, zanim wyjechała na zawsze.

Zasnęłam dopiero o czwartej nad ranem, z Lei’em przy piersi. Jego małe ciałko ciepłe pachniało wciąż mlekiem i posypką dla dzieci. Nakarmiony, przewinięty i bezpieczny w moich ramionach.

Leżałam w pościeli, wciąż pachnącej lawendą i kurzem, wsłuchiwałam się w ciche trzaski starego domu. Było coś niepokojącego w tej ciszy. Jakby dom sam trzymał oddech.

Następnego dnia zaczęła się nasza nowa rutyna.

O szóstej Lei się budził. Karmiłam go, przewijałam, ubierałam. Schodziliśmy na dół, gdzie kuchnia była zimna i milcząca, a ojciec jeszcze nie wstawał. Gotowałam owsiankę, robiłam kawę, włączałam cicho radio. Potem bawiłam się z Lei’em w salonie — układaliśmy klocki, czytałam mu książeczki, pokazywałam obrazki na ścianach. W międzyczasie odrabiałam zadania na studia, dziękując za możliwość nauki zdalnej.

Popołudnia spędzaliśmy w ogrodzie. Lei raczkował po trawie, śmiał się z ptaków, łapał za moje palce. Patrzyłam na niego i czułam, jak pęknięte miejsca we mnie nieco się zabliźniają. Ale tylko trochę. Głębokie rany nie goją się łatwo.

Wieczorami kąpałam go, śpiewałam mu kołysanki, których nauczyła mnie matka. Potem siedziałam przy oknie w pokoju i patrzyłam na ulicę. Czekałam.

Wiedziałam, że coś się zbliża.

Że prędzej czy później, on dowie się, że wróciłam.

Czasami, w środku nocy, budziłam się zlana potem, z obrazem jego twarzy w głowie. Nie tej z gazet, nie tej z przyjęć i bali — tej sprzed dwóch lat, gdy patrzył z pożądaniem, gdy śmiał się z mojej naiwności, a potem mnie gonił.

Nie powiedziałam ojcu wszystkiego. Wiedział tylko, że coś się wydarzyło. Że uciekłam. Że było źle. Ale nigdy nie dopytywał. Może nie chciał znać prawdy. Może nie był gotowy na to, co miałabym mu do powiedzenia. Zrobił swoje, pomógł go odsunąć a mi zniknąć.

Ja jednak wciąż… nie byłam gotowa mówić.

Jeszcze nie.

Na razie musiałam oddychać. Od nowa.

Ojciec niemal się nie odzywał.

Nie przeszkadzał, nie komentował, nie pytał. Był obecny w domu — w głosie z gabinetu, w stukocie porcelany o blat stołu, w dźwięku zamykanych drzwi od lodówki. Ale rozmowy między nami były krótkie, jakbyśmy rozmawiali przez szybę. Nie było w nich ani ciepła, ani złości. Po prostu cisza. Gruba, sztywna, jak kotara w teatrze — a za nią wszystko, czego żadne z nas nie chciało dotykać.

Czasem przyłapywałam go, jak obserwuje mnie i Lei’a z końca korytarza. Jakby próbował dopasować nasz obraz do wspomnień, których nie miał. Nie był złym człowiekiem — tylko zbyt zamkniętym, zbyt dumnym, by przyznać się do błędów, zbyt chłodnym, by powiedzieć „tęskniłem”. Nie był już tym człowiekiem, którego znałam z dzieciństwa. Zmieniła go moja matka, gdy odeszła… opuściła nas i wyjechała za ocean.

Kiedyś byłam na niego wściekła. Teraz… nie czułam nic. Chłód się rozlał i zastygł we mnie, jak lód, który nie chce stopnieć.

Mijały dni. I coś we mnie zaczęło się budzić. Widziałam, że czas ruszyć do przodu.

Nie chodziło tylko o Lei’a, choć jego obecność była jak balsam dla duszy. Chodziło o to, że wracałam do przestrzeni, którą znałam na pamięć, a mimo to czułam się w niej jak intruz. Każde skrzypnięcie podłogi, każdy obraz na ścianie, każdy pokój — wszystko mówiło do mnie językiem przeszłości. Ciężko było wyrzucić to z głowy.

Weszłam pewnego dnia do starej biblioteki. Półki sięgały sufitu, a w powietrzu unosił się zapach kurzu i papieru. Usiadłam na fotelu pod oknem — tym samym, na którym siadywałam jako dziecko z książką na kolanach. Wtedy chciałam uciekać w światy, które nie istniały. Teraz chciałam tylko przestać czuć.

Wciąż mogłam się na nim pobujać, choć chwile zrelaksować.

Znalazłam starą fotografię — moja matka, ja i ojciec. Uśmiechnięci. Wszystko udawane, a jedynie mój uśmiech promieniał. Nie widziałam tej burzy w ich oczach. 

Spojrzałam na zdjęcie raz jeszcze, na siebie, i znów zobaczyłam tamtą noc. Przypomniałam sobie tą uciekającą dziewczynę. Potrącenie. Szpital. Krew. Strach. Wymioty. Przysięgę, że już nigdy nie wrócę.

A jednak byłam tu. Wróciłam.

Bo coś mnie pchało. Nie tylko Lei. Nie tylko poczucie odpowiedzialności.

Zemsta.

Nie wypowiedziana. Nieplanowana. Jeszcze niedojrzała. Ale obecna jak ziarno. Czas by zrobić to co należy.

                                                                                                   ***

Z czasem wprowadziłam więcej rytuałów w naszą codzienność.

Chodziliśmy z Lei’em do parku, tego samego, gdzie jako dziecko karmiłam kaczki. Spotykałam tam ludzi — głównie starsze kobiety z psami, czasem matki z dziećmi. Rzadko z kimś rozmawiałam, ale słuchałam. Nauczyłam się milczeć, nie dlatego, że nie miałam nic do powiedzenia, ale dlatego, że cisza chroni. Miałam kogo chronić.

Zaczęłam gotować obiady, nie dla ojca. Dla siebie. Z prostych składników. Rytuał mieszania zup, obierania warzyw, parzenia herbaty dawał mi złudne poczucie kontroli. Lei raczkował po kuchni, czasem podjadał banana, czasem bawił się plastikową łyżką. Śmiał się wtedy, bezwstydnie, do łez. Sprawiał, że i ja się uśmiechałam. Patrzyłam na niego i powtarzałam w myślach: To wszystko, co się liczy. On. On jest wszystkim.

Ale prawda była taka, że on był też 'pamiątką’, przypomnieniem. Jego oczy, jego włosy… Miały ten sam odcień. Ilekroć na nie patrzyłam, widziałam tamtą noc. I tamtą twarz. Calluma.

Kiedy Lei zasypiał wieczorami, pisałam. Robiłam notatki. Szkice. Spisywałam fragmenty. Strzępy wspomnień, które były jak drzazgi pod skórą. Musiałam je wyciągać, choć bolało:

„Pachniał dymem i miętą. Śmiał się jak ktoś, kto wie, że może wszystko. I ja mu na to pozwoliłam.”

„Byłam dzieckiem. On to wiedział. Ale nie przestał.”

„Kiedy zrozumiałam, co wysłał — jak mówił o mnie przy kumplach — coś we mnie pęklo. Jak skóra rozcinana od środka.”

„A potem był samochód. Bieg. Krzyk. Światła. Ciemność. Jego oczy nade mną.”

Nie wiedziałam, po co to piszę. Może po to, by przypomnieć sobie, że to nie był sen.

W nocy śniłam, że wracam do tamtego pokoju. Że znowu widzę jego oczy. Że znowu słyszę ten śmiech. Budziłam się z krzykiem, a Lei zaczynał płakać, przerażony.

Przytulałam go. Cała się trzęsłam. Był moim ukojeniem, moją nadzieją.

Miałam osiemnaście lat. Ale w środku wciąż byłam tą szesnastoletnią dziewczyną, która myślała, że miłość to gesty, a nie intencje.

Nie wiedziałam jeszcze, co mnie czeka w przyszłości.

Ale wiedziałam też jedno:

Callum Everhart mnie nie zapomniał.

I ja jego też nie.

Opublikowano Dodaj komentarz

Prolog

Aurora

Nie zapomniałam ani sekundy.
Ani tego, jak na mnie patrzył.
Ani tego, jak mówił, że jestem wyjątkowa.
Ani tego, jak jego przyjaciele śmiali się w tle, a ja wciąż miałam jego smak na ustach.

Miałam szesnaście lat, kiedy dałam mu wszystko.
Zrobiłam to z naiwności, nie z głupoty. Myślałam, że jeśli chłopak, a raczej mężczyzna, z idealną twarzą i nazwiskiem znanym w całym Londynie patrzy na mnie tak, jakby widział tylko mnie – to to coś znaczy.
Znaczyło. Ale nie to, co myślałam.

Podsłuchałam ich rozmowę.
Śmiali się z tego, jak mnie „rozebrał słowami”, jak „pękłam” pod dotykiem jego palców.
Opowiadał, co mi zrobił, jak wyglądałam, gdy dochodziłam. I że wysłał im zdjęcia. Zdjęcia, które zrobił, gdy zasypiałam.

Uciekłam. Boso, we łzach, z rozpaczliwym wstydem sączącym się spod skóry.
On mnie gonił. Krzyczał coś. Wbiegłam na ulicę. Potem światło. Huk.

W szpitalu leżałam z ciałem w szwach i sercem w kawałkach.
Wybłagałam ojca, żeby go nie wpuszczał. Dal ochroniarza…
A potem uciekłam. Daleko.
Do mamy. Do ciszy. Do samotności.
Do miejsca, gdzie mogłam wreszcie złapać oddech.
I gdzie …

Dziś wieczorem wracam do Richmond.
Wrócę w sukni, w jakiej nikt nie zapomina kobiety.
Na przyjęcie, na którym on – Callum – ma znaleźć sobie narzeczoną.
Nie jestem tu, by go odzyskać.
Nie jestem tu, by się go bać.
Jestem tu, by odebrać to, co mi zabrał.
I przypomnieć mu wszystko.

Nie jestem już dziewczynką… i nie jestem już sama.

Opublikowano Dodaj komentarz

Czar nocy

Czar nocy

Wybrała to miejsce. Chciała się tutaj znaleźć tego wieczoru, choć mogła równie dobrze wybrać ekskluzywną restaurację lub bankiet w muzeum by spróbować poznać jakiegoś bogatego sponsora. Miała dość tego, że dzięki swojemu wyglądowi mogła być kim zechce, wejść gdzie zechce i robić co zechce, ale brakowało jej pochodzenia i pieniędzy. Chciała być normalna, ale nie było jej to dane. Prosty klub, w którym była anonimowa i nikt nie wiedział kim jest był dla niej idealny. 

Zapach potu i tanich perfum ogarniał ją w około, choć zapewne większość z osób tu będących używało czegoś o niebo lepszego i droższego niż z podrzędnej drogerii, lecz teraz wszystko mieszało się ze sobą tworząc mieszankę wybuchową. Gwar, szał, szelest ubrań i odgłosy ocierających się o siebie ciał, kolorowe punkty mieszały się ze sobą tworząc pełną gamę barw. Człowiek patrzący z góry mógł mieć problem z wyłapaniem kogoś znajomego.

Na środku parkietu stała ona.

Czarnowłosa o szczupłej, umięśnionej sylwetce, zaokrąglona w odpowiednich miejscach kształtach patrzyła przez półprzymknięte oczy. Włosy opadały jej kaskadami po plecach, pojedyncze kosmyki oplatały śnieżnobiałe ramiona. Co jakiś czas jej ruchy powodowały, że falowały i błyszczały kolorami od barw oświetlenia.

Kontrast był powalający, a do tego strasznie kuszący. Dodatkowo patrząc w jej niebieskie oczy można było zostać zahipnotyzowanym, gdyż wręcz wwiercały się w swój wyznaczony cel. Przed wyjściem mocno podkreśliła je jeszcze czarnym cieniem i tuszem podkreślając poza tym usta krwistoczerwoną szminką. Taki wygląd sprawiał, że mogła się poczuć wśród mężczyzn o wiele pewniej, choć chyba nie było jej to za bardzo potrzebne, bo i tak znalazłby się jakiś chętny.

Czarna sukienka do pół uda oraz wysokim rozcięciem, bez ramiączek ukazywała wyraźnie jej walory. Opinała ciało w każdym możliwym punkcie podkreślając pełny biust i krągłe biodra. Wysokie obcasy sprawiały, że była wyższa niż w rzeczywistości i mogła pochwalić się swoimi długimi nogami.

Mężczyźni z wielką chęcią, pożądaniem skanowali jej ciało. Co niektórzy, bardziej odważni zbliżali się śmielej do niej, by przypadkiem mogli otrzeć się o nią w czasie szaleńczego, grupowego tańca. Przez cały wieczór nie pozwoliła sobie na żaden taniec z kimkolwiek, nie pozwalała się im zbliżyć, objąć, tańczyć tylko z jednym, z nikim po prostu nie chciała tańczyć jak z partnerem, kimś bliskim. Wciąż szukała kogoś, kto ją oczaruje, zawładnie zmysłami i wyglądem. Nie chciała nikogo przypadkowego, a raczej kogoś specjalnego, władczego.

Czuła się wolna. Poruszała zmysłowo swoimi ciałem. Okręcała wokół osi, zniżała się i unosiła, po prostu pochłonął ją rytm sączącej się z głośników muzyki. Nie zdawała sobie sprawy, że od dłuższego czasu ktoś ją obserwuje. Nie zdawała sobie sprawy, że zwróciła czyjąś uwagę. Po prostu była sobą, więc przymknięte oczy rozszerzyły się, gdy tylko wyczuła to coś, a raczej tego kogoś.

Tak, wyczuła.

Nigdy wcześniej to się jej nie zdarzyło. Mogła poczuć jego ostre, palące spojrzenie skierowany na jej kark, wręcz przewiercał go na wylot. Sprawiał tym samym, że przez ciało przechodziły dreszcze, piersi napięły się, sutki stwardniały i wręcz bolały, kiedy naciskały na materiał sukienki, poza tym na dole poczuła zbierającą się wilgoć. To nie było u niej normalne, aby tylko pod wpływem spojrzenia osoby, której jeszcze nie widziała ciało zareagowało w ten sposób. Żaden mężczyzna nie sprawił takiego uczucia.

Musiała go znaleźć. Dostrzec. Przekonać się kim jest ta tajemnicza osoba. Czy będzie on jej kochankiem na tą noc?

Powoli, kołysząc biodrami obróciła się. Chcąc spotęgować zbierające się uczucia,  nie pokazać jak na niego reagowała, wodziła dłońmi zmysłowymi ruchami po całym ciele w rytm muzyki. Jedną z nich dłużej zatrzymała na piersi gładząc ją pomału, aby przy tym oblizać zmysłowo wargi. Dopiero wtedy pozwoliła sobie na spojrzenie w stronę nieznajomego i określić z kim takim ma do czynienia.

Zamarła. Znieruchomiała na środku parkietu, a usta rozszerzyły się, gdyż w jednej chwili ją oczarował. Wystarczyło jedno spojrzenie.

Stał oparty silnym ramieniem o bar, wpatrywał się wprost w nią poprzez ciemne okulary. Dziwny dodatek w takim miejscu.

Dostrzegła ciemną, wysoką sylwetkę. Jego ciało opinała czarna koszula z krótkim rękawem, która miała za zadanie pokazać silne, umięśnione ramiona wraz z jakimś dziwnym tatuażem ciągnącym się na prawym barku przez całą rękę, aż do nadgarstka. Mogła sobie tylko wyobrazić te mięśnie na brzuchu, twardą klatkę piersiową. Ciemne jeansy luźno zwisały na jego biodrach, była wręcz przekonana, że skrywają prócz umięśnionych nóg także coś o wiele bardziej interesującego.

Dopiero po chwili spojrzała wyżej, na jego twarz.

Chciała wiedzieć, co za tajemniczy mężczyzna pożerał ją swoim wzrokiem i przyciągał do siebie. Nie mogła dostrzec zbyt wiele, nie było jej to dane. Ciemne okulary skrywały jego oczy, więc mogła się skupić tylko na pełnych wargach, które pasowały idealnie do ostrych linii szczęki i ciemnej karnacji. Czarne włosy były w nieładzie, a na twarzy dostrzegała kilkudniowy zarost. Zdecydowanie wyglądał na osobę dominującą.

Nogi jej zadrżały, prawie upadła na parkiet, w chwili kiedy posłał jej tylko uśmiech. Nie był to normalny uśmiech, a właśnie ten jeden, wiele mówiący i zdradzający większość mężczyzn, to zainteresowanie. Dostrzegła błysk i zadziorność, biła od niego niespożyta energia oraz zbyt wielka pewność siebie.

Nagle cofnęła się o krok. Następnie zrobiła jeszcze jeden. Coś niepokoiło ją w nim, ale zarazem fascynowało. Wyczuwała od niego mroczną, tajemniczą siłę, jakby skrywał w sobie rzeczy, które mogły ją przerosnąć.

Wciąż była wpatrzona w niego, nie potrafiąc oderwać spojrzenia, ale cofała się stopniowo do tyłu. Niemal od razu oderwał się od baru zauważając jej ruch, czym go zapewne zaskoczyła.

Chciała się obrócić i odejść, zniknąć gdzieś w tłumie tych ludzi, ale jakoś nie potrafiła się przemóc. Robiła tylko niewielkie kroki w tył. Ocierała się o kogoś, potykała, ale nie zwracała na nich uwagi, nic jej już nie obchodziło.

Zamknęła oczy pragnąc zaznać spokoju. Wzięła głęboki oddech z myślą, że jak je otworzy jego już nie będzie, okaże się złudzeniem, może duchem, czymś nierealnym w normalnym świecie. Ale czy na pewno tego pragnęła? Czy chciała, żeby go nie było? Przecież fascynował ją, a ciało wręcz paliło z pożądania. Czy nie po to przyszła tutaj?

Ledwo otworzyła oczy, a od razu powędrowała spojrzeniem w stronę gdzie jeszcze przed chwilą go widziała, ale mogła stwierdzić, że  już go tam nie było. Odetchnęła z ulgą, nie zdawała sobie sprawy, że w ogóle przytrzymuje w sobie powietrze, jednak jej mięśnie wciąż były napięte i odczuwała zdenerwowanie.

Gdzie on jest? Czy rzeczywiście był tylko zjawą? Czy był obrazem śmierci, która mnie dotknie? Czy miał mnie już nawiedzać?

Teraz w jej umyśle krążyło tysiące myśli i przypuszczeń,

 Z głośników popłynęły teraz zmysłowe, hiszpańskie rytmy, przy których każdy ruszał się na parkiecie, a ciało samo rwało się do tańca. Jednak tutaj warto byłoby mieć partnera. Musiała przyznać, że jej rozgrzane ciało potrzebowało teraz mężczyzny, chciała poczuć jakiegoś przy swoim ciele, aby w pełni wykorzystać czas, który tu spędzi.

Życzenie się spełniło szybciej niż myślała.

Kiedy poruszyła biodrami, silne dłonie znalazły się na jej talii. Nie wiedziała z kim ma do czynienia, ale w tej chwili to się nie liczyło. Przyciągnął ją do swojego ciała także mogła wyczuć twarde ciało na swoich plecach. Zdecydowanie był pewnym siebie mężczyzną, większym od niej oraz dominującym, choć jeszcze nie spojrzała na niego.

Westchnęła. Poruszyła się wraz z nim, z każdym razem ocierała się swoimi pośladkami o niego, na chwilę zamarł, aby po sekundzie jego ręce zaczęły przesuwać się po jej brzuchu, ocierały się przy tym o zarys jej piersi. Na szyi poczuła jego gorący oddech, muskał ją sprawiając, że pojawiała się gęsia skórka. Palił ją jego dotyk, powodował, że wrzała od środka.

Z ciekawością pochyliła głowę w dół, spojrzała, bo chciała zobaczyć te cudowne dłonie, które ją obejmowały. Dopiero wtedy dostrzegła ten kontrast jej bladej dłoni i jego ciemnych. Długie silne palce wodziły dalej po jej talii, obejmowały i rozgrzewały, ale ona skupiła się na jego przedramieniu.

Tatuaż…

Napięła się i zadrżała. Jakaś cząstka jej nie chciała, aby to był właśnie on, umysł podpowiadał jej, że to jest złe, ale ciało pragnęło właśnie czegoś takiego, pożądało jeszcze bardziej jego dotyku. Jasna lampka zapaliła się w głowie, podjęła decyzję, musiała przerwać to zanim posunie się za daleko.

Szarpnęła się, ale nie poruszyła się ani o milimetr, a wręcz bardziej docisnęła do niego, mogła wyczuć jak każdy fragment jej pleców dotykał jego ciała, pośladki ledwo były na wysokości jego bioder. Westchnęła, kiedy jego dłonie zacisnęły się na niej jeszcze mocniej, jego twarda erekcja naparła na jej tył, pochylił się, a ją owionął jego zapach.

– Ciii.. – szepnął jej do ucha, otarł swoim zarostem o jej szyję pozostawiając lekki, czerwony ślad.

Nie powiedział przecież zbyt wiele, ale w jej pamięci już zapisał się ten gruby, acz zmysłowy głos. Przeszły przez nią ciarki, poczuła jak jej zdradzieckie sutki stwardniały jeszcze bardziej i nic nie mogła poradzić, że jęknęła.

Nie odpowiedziała mu. Wolała zamilknąć.

Próbowała mu się przeciwstawić, poruszyć i oderwać, nie chciała mu się poddawać, ale nie odpuszczał. Przestał zwracać uwagę na cokolwiek co się działo wokół nich, ona również zapomniała o tych wszystkich ludziach tańczących tak blisko a jednak daleko. Nie poddawał się, dłonią złapał za stwardniałą pierś i całował delikatnie jej kark. Wciąż poruszał swoim ciałem w rytm muzyki, a przez to także nią.

– Pragniesz tego tak jak ja, mogę dać ci tyle rozkoszy, maleńka – wyszeptał i przygryzł płatek jej ucha.

Naprawdę była przy nim mała i drobna. Pomruk wyszedł z jej ust. Jęknęła kiedy jego twardość po raz kolejny naparła na jej pośladki, a ręką wybadał sutek. Ścisnął go, pociągnął przez materiał, a ona wiła się już od samego dotyku.

Oparła głowę o jego ramię, gdy zmysłowo tańczył z nią pośród tłumu. Trudno to w ogóle nazwać tańcem, bardziej przypominało to jakieś gody, zaloty. Badał sytuację, oceniał na ile może sobie pozwolić. W powietrzu wyczuwał tylko zapach pożądania, pragnienia, seksu oraz jego skórę, która dawała wspaniały aromat, coś podpowiadało jej, że ta noc będzie niezapomniana.

Dźwięki muzyki, rytmy i tempo, tłum wokoło, wszystko się zmieniało co chwilę, tym samym i ich ciała zmieniały swoje ułożenie, szybkość ruchu. Dostosowywała się do niego, wczuwała wraz z nim w to co ją otaczało.

Odczuwała, że jest mu poddana, już nie chce z nim walczyć, a może raczej tego nie nie potrafiła. Zawładnął nią i jej umysłem. Jego ciało: tors, brzuch, podbrzusze napierały na jej plecy i pośladki, ręce owijał szczelnie wokół talii, a udem pocierał jej nogę. Mogła poczuć jak usta muskają jej szyję, zarost ociera się o nią, a jego zapach owijał się wokół niej. Miała dziwne wrażenie, że był dla niej jak narkotyk, nie chciała przestać go czuć, dotykać, poruszać się wraz z nim.

Muzyka zwalniała, przyciszała się, choć tak naprawdę chyba tylko ona to tak odczuwała, a oni tylko wycofywali się z parkietu, wnętrza klubu. Opuszczali miejsce w którym ją kusił, kierował ich do wyjścia, ona po prostu już przestawała myśleć przy nim. Coś ciepłego owinęło się wokół jej ramion, zerknęła i i mogła stwierdzić, że to jej ciepły, krótki płaszcz, a po chwili w ręce znalazła się także torebka. Zdziwienie i konsternacja malowały się na twarzy, to wszystko wprawiało ją w zakłopotanie, miała wrażenie, że śni, a o świcie obudzi się rozmarzona. Ogarnęła ją dziwna mgła, oczy patrzyły jakby przez chmury, musiała mu zaufać więc poddała się jego ruchom, jego gestom i ciału.

Nic nie mówił, nie pisnął żadnego słówka, po prostu był przy niej. Gdyby nie fakt, że wciąż czuła na sobie i obok siebie jego aromat, a także gdyby nie czuła jego unoszącej się klatki piersiowej przy niej, zapewne już dawno by stwierdziła, że tak naprawdę jego nie ma.

Sama nie miała zamiaru rozpoczynać z nim konwersacji, więc nie wypowiedziała pierwsza żadnego słowa. Zarówno ją onieśmielał jak i podniecał, choć w głębi duszy także przerażał. Nie wie czemu, ale chciała poznać jego tajemnicę, bo było więcej niż pewne, że ukrywa coś mrocznego i przerażającego. Wolała jednak zaryzykować niż posłuchać głosu rozsądku.

Ale czy będzie miała ku temu okazję?

Stukot obcasów odbijał się o chodnik, a tym samym głośny odgłos zdradzał jej ruchy. Jego nie potrafiła usłyszeć, był zbyt cichy, stąpał tylko z delikatnym szuraniem żwiru, choć taki mężczyzna powinien poruszać się bardziej ociężale i ciężko.

Obejmował ją mocno w talii, nie puszczał jakby bał się, że będzie chciała mu uciec, ale najwyraźniej ona straciła na to najmniejszą ochotę, już nie chciała uciekać, a w głowie formowały się jej ich wspólne obrazy.

Chcę tego! Pragnę go tej nocy choćby miała być moja ostatnią! – wmawiała sobie. – Chcę go i nikogo innego!

Kilka minut później już znaleźli się przy czarnym hummerze. Musiała sobie przyznać, że nie za bardzo ją zadziwił ogrom tego auta zauważywszy na postawnego mężczyznę tuż przy niej. Samochód dużo mógł mówić o jego właścicielu, więc i ten odzwierciedlał idealnie jego, tak samo groźny, tajemniczy, a zarazem biła od tego pewność siebie oraz tego co w swoim życiu robi.

Nie musiała już dłużej zawracać sobie nim głowy, kiedy on usadowił ją na przednim siedzeniu ze skórzanej skóry. Nie potrafiła się poruszyć, kiedy zapinał jej pas szczelnie  wokół talii, a jego ramię obleczone teraz w skórę otarło się o napiętą pierś. Czuła bijące od niego napięcie, jak zamarł na moment, ale nie odważyła się spojrzeć w jego kierunku. W końcu sam odsunął się, przesunął twarzą przy jej ramieniu nabierając w płuca jej zapach i wzdychając.

Ciemnoszara  tapicerka, ciemność za przednią szybą rozświetlona pojedynczymi latarniami, tylko to w tej chwili widziała. Nie odważyła się spojrzeć na niego, nie miało już znaczenia co też się w tej chwili wydarzy.

On po prostu zajął swoje miejsce, czuła to i dostrzegła cień jego postury. Zapiął pas, choć wydawało jej się, że nie robił tego zbyt często w przeszłości, ale może to przez nią tak postąpił.

Cisza.

Czuła jak powietrze gęstnieje wokół nich, kiedy sunęli drogą przed siebie, atmosfera pełna napięcia i pożądania. Nie miała pojęcia dokąd się kierują, czy do hotelu, czy do niego, czy na obrzeża miasta, aby tam ją wykorzystać, zabić i zakopać, bo na pewno nie do niej. Nie bała się, choć lekko drżała. Chciała po prostu jego, mieć go na sobie, w sobie, nic więcej się nie liczyło.

Kątem oka dostrzegła napięte mięśnie, a kostki na dłoniach zbielały, kiedy ściskał z siłą kierownicę. Przez cały ten czas, który jej już i tak zbytnio się dłużył, nie spojrzał w jej stronę.

Zatrzymali się, ale tylko na moment. Przed oczami miała wielką, ciemną bramę, która chowała za sobą coś tajemniczego, a teraz wpuszczała ich za próg. Przez ciało przeszedł dreszcz, który szybko przeszedł w podniecenie na myśl o tym, co może się wydarzyć. W ciemności podziwiała widok przed sobą, choć mogła dostrzec tylko kształty spowite mrokiem. Mogła jednak i tak stwierdzić, że ten mężczyzna w swoim życiu już osiągnął niemal wszystko, że był kimś ważnym, a ona wciąż nie rozwikłała tego, był zagadką. Wciąż borykała się raz za jakiś czas z zapłaceniem rachunków na czas, a tylko za resztę pieniędzy na własne przyjemności.

Kierował się podjazdem i zatrzymał się dopiero przed frontem domu, a raczej posiadłości. Wciąż był milczący, pośpiesznie odpiął pas, aby następnie niemal wyskoczył z pojazdu i popędził okrążając go. Nie zdążyła się nawet ruszyć, sięgnąć do zapięcia, a on już był przy niej. Pochylał się. Odpinał z niecierpliwością, przy czym zauważyła drżenie jego dłoni. Ona w tym czasie karmiła się jego zapachem, a mgła z powrotem przysłoniła jej oczy. Fala pożądania zalała ją.

Wreszcie wziął ją w swoje silne ramiona. Myślała, że postawi ją na nogach i pomoże wejść do środka, ale on wtulił twarz w jej włosy, zaciągnął się zapachem. Jęknął. Nie wypuścił jej, a jeszcze bardziej przyciągnął do siebie. Oplotła nogami biodra, a dłonie sunęły po silnych plecach. Z nią na rękach wszedł do środka domu nie zdradzając cienia wysiłku. Przytuliła się do jego torsu, nie liczyło się już nic poza jego ciałem tak blisko niej.

Wszedł, nacisnął kontakt, a małe światełka zapaliły się oświetlając im drogę przez korytarz, wytyczały szlak do celu. Niósł ją po schodach na piętro, nie rozglądała się wokoło zbyt rozmarzona się przy jego torsie.

Po kilku kolejnych krokach otworzył masywne drzwi. Dopiero wtedy oderwała się lekko od niego,pomieszczenie rozbłysło delikatnym, pomarańczowym światłem. Obserwowała wygląd sypialni. Czarne nowoczesne meble, śnieżnobiałe ściany, srebrne dodatki i szara atłasowa pościel na ogromnej wielkości łóżku.

Tylko na to zwróciła uwagę, bo już po chwili znalazła się na środku tego ogromnego łóżka. Pośpiesznie ściągnęła z siebie swój płaszczyk rzucając gdzieś na bok, aby pozbyć się tego ciepłego odzienia, już i tak było jej wystarczająco gorąco od oczekiwania na to co nadejdzie.

Odsunął się od niej i podziwiał widok przed swoimi oczami, a czuła jego świdrujące, niemal palące spojrzenie. Oddech przyspieszył. Sukienka podwinęła się jej nieco wyżej, prawie ukazując wilgotną już bieliznę, a gdy opadła na poduszki, włosy rozsypały się jej wokoło. Czuła tą delikatność i miękkość pościeli, kontrast w porównaniu z surowym  i męskim wyglądem towarzysza.

Oblizał wargi, kiedy odszedł, a ona natychmiast odczuła jego brak. Skierował się do odtwarzacza i puścił cichą melodię, aby jeszcze poszukać czegoś w szufladach. Podparła się na ramionach, obserwowała jego ruchy.

Coraz bardziej się jej podobał, choć do tej pory unikała takich mężczyzn,  a żar ogarniał prawie każdą komórkę ciała. Chciała go, pragnęła tak bardzo, aby posiadł jej ciało i wziął wszystko czego zechce, zaspokoił ją. Wilgoć napłynęła nową falą powodując, że była pewna iż jej zapach do niego dotarł. Jej skąpe majteczki były po prostu mokre od podniecenia.

Musiał ją wziąć.

Wreszcie zaczął się zbliżać.

Stanął przy końcu łóżka, aby zrzucić z ramion kurtkę, a palce po chwili już rozpoczęły odpinanie guzików jego koszuli ukazując pomału coraz większy kawałek nagiego torsu. Z miłą chęcią pochłaniała ten widok, choć była to także tortura, gdyż chciała aby już był przy niej i pieścił jej rozpalone ciało.

Oblizała wargi, a w głębi duszy, skrycie, pragnęła przesunąć swoim językiem po nim i posmakować każdego centymetra skóry, dotknąć wspaniałych mięśni. Była to pokusa. Wiedziała, że musi smakować wspaniale.

Uśmiechał się zniewalająco wykrzywiając wargi i prezentując śnieznobiały uśmiech, zdawał sobie sprawę jak na nią działa. Ostatni guzik odpiął się, a ona podziwiała umięśnione ciało, kiedy pozbył się jej z ciała. Teraz jego ręce natychmiast powędrowały do spodni, aby sięgnąć do wielkiej sprzączki.

Pragnęła mu się jakoś odwdzięczyć, dać coś w zamian, więc postanowiła pozbyć się swojej sukienki, pokazać mu swoje ciało przyobleczone tylko w bieliznę. Pożądanie biło z jej oczu, gdy wsparła się na ręce, a drugą sięgała za siebie.

Musiała przestać, kiedy warknął w jej stronę, gwałtownie poruszył.

– Niee… – wychrypiał.

W tych słowach krył się rozkaz. Odsunęła dłoń, opadła z powrotem na pościel i patrzyła na niego.

Chciał to zrobić po swojemu. Czy mam się czego obawiać?

lekko podparła się na przedramionach przypatrując się temu striptizowi. Twarz wyraźnie mu stężała, była bardziej poważna niż jeszcze przed chwilą, a z oczu bił ogień przepełniony pożądaniem i podnieceniem. Przygryzała wargi na widok umięśnionego ciała stojącego przed nim, a w szczególności na samą myśl, że zaraz ujrzy go w całej okazałości, w tym to, co ją najbardziej interesowało, skryte za napiętym materiałem spodni. Czuła, że to musi być coś wielkiego, co w pełni ją wypełni i sprawi, że dojdzie jak nigdy dotąd osiągając całkowite spełnienie.

Podobał mu się widok, jaki miał przed sobą, a zapewne o wiele lepiej byłoby, gdyby ona pozbyła się swoich ubrań, leżała naga, rozłożona, gotowa na jego przyjęcie.  Pragnął jej posmakować, wylizać swoim językiem każdy fragment skóry, doprowadzić do krawędzi rozkoszy, a sam następnie wypełniłby ją i posuwał równym tempem aż do pełnego uwolnienia, pragnął z nią to przeżywać, a nie po prostu zaspokoić tylko siebie. Mogła się sama rozebrać, ale wiedział, że bardziej ekscytujące będzie powolne ściąganie z niej ciuszków. Mieli w końcu przed sobą cały dzień.

Rozpiął klamrę, pomału rozsunął na boki zamek i powolnym ruchem przesuwał zamek w dół. Spoglądał wprost w jej oczy, które kierowała na jego palce, aby dostrzec każdy, choćby mały fragment tego co kryły. Widział to pożądanie, tą chęć poznania go. Nagość ukazywała się, kiedy rozpiął do końca spodnie i zsunął je niżej. Nagi, gdyż nie nosił bielizny, którą uznawał za zbędną w niektórych miejscach. Obserwował, więc jak jej oczy rozszerzyły się, kiedy analizowała jego olbrzyma, który był jego dumą, który zadowolił tak wiele kobiet. Lecz teraz nic się nie liczyło, chciał zadowolić tylko jedną kobietę, która leżała przed nim.

Miała co podziwiać, bo zrobił na niej piorunujące wrażenie. Nigdy nie spotkała takiego mężczyzny jak on.

Oblizała językiem wargi. Pochłaniała każdy centymetr jego ciała, obserwowała zarys mięśni brzucha, wyrazistą literę V oraz włoski,  które kierowały spojrzenie wprost do twardej, pręrzącej się dumnie męskości. Przyglądała i analizowała całą jego długość, a oczy niemal wychodziły jej z orbit.

Jest tak duży, czy zmieści się we mnie? – zastanawiała się przełykając ślinę.

Wyczuwała, że jej bielizna był całkiem mokra. Do jej nozdrzy docierał zapach, a była niemal pewna, że i on mógł ją wyczuć. Potarła o siebie uda, bo chciała choć na moment złagodzić to dziwne uczucie. Potrzebowała, aby on zrobił kolejny ruch i zaspokoił jej ogromną żądzę.

Cichy jęk wyszedł z jego ust, kiedy nabierając powietrza w płuca przez nos wyczuł jej słodki aromat. Jej zapach dotarł też wprost do jego twardej erekcji, która zadrżała na samą myśl o penetracji jej wnętrza. Zmysły działały ze zdwojoną siłą. 

Zbliżał się do niej.

Robił to jednak zbyt wolno. Chciała aby się pospieszył, pozbył jej wszystkich ubrań i posiadł tak jak tylko chce. Miała nieodparte wrażenie, że się z nią drażni, specjalnie przeciąga tą chwilę. Ciało wręcz wrzało, krew gotowała się w niej, chciało, aby przyspieszył wreszcie swoje ruchy.

Jemu podobało się to, jak postępuje, bo wiedział, że ta noc będzie długa, będzie ją miał w każdy sposób jaki zechce, zaspokoi swoje żądze, a także doprowadzi ją do stanu seksualnego wykończenia. Sprawi, że następnego dnia będzie mieć problem z poruszaniem się. Chciał, aby zapamiętała tę noc na długo, wręcz do końca swego ludzkiego życia, a gdy będzie chciała być z innym mężczyzną, będzie wspominać jego i tą upojną noc, którą jej zaserwował.

Podszedł do krawędzi łóżka. Pomału zaczął wspinać się na nie wykonując niemal kocie ruchy. Dłońmi złapał za jej kostki i powoli przesuwał je wyżej, po odzianej w delikatne pończochy łydce. Jego erekcja szarpnęła gwałtownie, kiedy skierował wzrok na wilgoć między nogami swojej kochanki. Oblizał wargi i cicho zamruczał z chęci rzucenia się od razu na nią, ale powstrzymał pierwotne zapędy, postępował powoli.

Łapiąc nieco mocniej, rozszerzył jej nogi, a dłoń powędrowała do górnej części jej uda. Palcami musnął koronkową gumkę pończoch, aby pociągnąć za jej kraj. Wspomógł się drugą ręką i pomału zsuwał ją z niej ukazując więcej nagiej skóry. Pod palcami czuł gładką, delikatną jak aksamit fakturę. Opuszkami przejechał po niej powodując lekkie drżenie.

Mimowolnie jęknęła.

Torturował jej ciało i duszę. Nie wiedziała czemu, ale po prostu chciała go już w sobie, a on zdecydował się na tą iście szatańską mordęgę. Niecierpliwiła się, ale on nic sobie z tego nie robił, tylko zsuwał pomału z niej cienką tkaninę pończoch. Robił to delikatnie powodując drżenie i pojawienie się gęsiej skórki, za każdym razem, gdy czubkiem palca przejechał po gołej skórze.

Nigdy żaden mężczyzna nie rozpalał jej ciało w taki właśnie sposób. Każdy kolejny kochanek, z którym była do tej pory, dążył do zaspokojenia samego siebie, a ona sama w pojedynczych przypadkach osiągała spełnienie, więc często zmuszona była dokończyć wszystko w łazience, sama. Choć nie szukała idealnego kochanka, który dbałby także o nią, to miałaby odmiana posiadać takiego. Ci co sprawiali jej rozkosz, dawali coś w zamian, okazywali się najczęściej albo mężczyznami zajętymi, albo szukający tylko jednorazowego numerku.

Teraz miała przeczucie, że tej jednej nocy, ten nieznajomy mężczyzna, o którym nic nie wiedziała, rozpali ją i da ukojenie jej ciału. Nie potrzebowała nikogo na stałe, nie szukała w nim kogoś takiego, bo wiedziała, że jej rozwijająca się kariera zabiera zbyt wiele czasu, a nie chciałaby go zaniedbać, rozczarować.

Sam jego dotyk rozpalał ją. Zsunął w końcu jedną z pończoch i odrzucił w bok, a następnie podobnie jak z tamtą postępował z drugą. Wreszcie, po tych kilku dłużących się chwilach, pozbył się i tej części jej odzieży, ale i tak wciąż miała na sobie najważniejsze. Jednego pragnęła, aby znaleźć się przed nim i dla niego, naga, aby mógł ocenić jej ciało.

Przy nim sprawiała wrażenie kruchej, malutkiej i wręcz brzydkiej, ale póki on pragnął być z nią, chciał w nią wejść i posiąść, ona czuła, że nie może być najgorsza, a jemu się najwyraźniej podoba.

Oddech lekko mu przyspieszył, kiedy druga z pończoch znalazła się na podłodze, a on mógł dłońmi masować po całej długości jej nóg. Ślinka napłynęła do ust, chciał jej już posmakować.

Patrząc na jej twarz, na której dostrzegał lekki, różowy rumieniec, pochylił się i przejechał językiem po udzie. Delektował się jej smakiem w powolnym ruchu,

– Mmmm… – mruknął.

Coraz bardziej tracił cierpliwość. Dłonie powędrowały pod sukienkę, otarły się lekko o kraj cienkich fig, aby złapać za jej biodra, a on kosztował jej jeszcze raz. Dopiero wtedy podciągnął się wyżej, aby unieść się ponad nią. Znalazł się tam gdzie chciał. Wsparty na ramionach górował nad nią z nogami pomiędzy jej. W ten sposób po prostu przypatrywał się jej wyrazowi twarzy i temu, co może z niego wyczytać.

Miała na sobie nagiego mężczyznę. Leżał na niej, może nie tyle leżał, co unosił się ponad nią. Jego oddech owionął jej twarz, otoczył ją więc zapach drogiego alkoholu. Pochylił się, aby musnąć wargami jej policzek, a to sprawiało kolejne drżenie ciała i była coraz bardziej rozpalona, kiedy on ustami przesuwał się wzdłuż żuchwy.

W końcu jego wargi dosięgły jej. Poczuła te wspaniałe usta na sobie, ale było jej mało, chciała czegoś więcej, więc naparła na niego, lecz on w tej samej chwili cofnął się.

Jęknęła.

Odsunął się, ale nie za daleko. Przesunął się w lekko bok, aby muskać, całować jej szyję, lekko przygryzać, aby w jakiś sposób ją oznaczyć. Następnie przesunął się niżej, aby całować jej nagie ramiona.

Po prostu leżała, wpatrywała się w sufit nie mogąc zerknąć na niego, oddychała ciężko przez rozwarte lekko usta i rozkoszowała się dotykiem jego warg na sobie. Był tak delikatny i przez to pociągał ją tak bardzo. Rwała się do tego, żeby dać mu sygnał, posiadł ją w jakikolwiek sposób, ale z drugiej strony wiedziała, że nie może wykonać kolejnego ruchu, bo ją powstrzyma.

Te słodkie wargi sunęły po jej dekolcie, aby dotrzeć do zagłębienia pomiędzy jej piersiami. Muskał, całował, lizał i lekko przygryzał jej skórę, a przez to rozpalał ją do czerwoności. Chciał zejść niżej, dostać się do jej dwóch, napierających piersi, ale opinający je materiał blokował to.

Warknął tuż przy jej skórze, kiedy zdał sobie sprawę, że nie przesunie się w łatwy sposób niżej. Chciał być ostrożny, podchodzić do tego pomału, ale coraz bardziej czuł, że nie wytrzyma, stawał się coraz bardziej niecierpliwy. Pogłębiała to świadomość, że jego twarda erekcja ociera się o jej nagie udo.

Jego dłoń powędrowała na bok jej talii, tuż pod pachą, gdzie był kraj jej sukienki. Lekko wygięła się, uniosła, aby on mógł wsunąć tam rękę, sunąc po plecach dotrzeć do zapięcia na jej plecach. Pomału rozsuwał go, a materiał poluźniał się.

Zahaczył zębami i ściągnął czarną tkaninę sukienki z jej mlecznobiałej piersi. Pomału ukazywały się jego oczom opatulone w koronkowy, prawie przeźroczysty stanik bez ramiączek. Zakrywał w ten sposób przed jego oczami sutki, które zapewne były już stwardniałe, a wypustki napierały dając małe wybrzuszenia w nich.

Język musnął je przez materiał, wpierw jeden, później drugi, a w międzyczasie dłońmi zsuwał z niej sukienkę. Musiała lekko unieść swoje biodra, a jego erekcja naparła silniej na udo, po prostu się w nie wbijała.

Jęknęła na to uczucie.

Również mruknął przy jej piersiach liżąc jej tuż przy krawędzi stanika, w tym samym czasie sukienkę przesunął poniżej bioder. Lekko otarł się ciałem o jej i czuł jak przenika ją żar, który teraz przenosił się na nią.

Odchylił się, spoglądał na nią pożądliwie, jakby była czymś do jedzenia i chciał ją schrupać. Przełknął ślinę. Uniósł się nad nią, a natychmiast odczuł brak kontaktu z jej ciałem, więc jak najszybciej pozbył się z niej sukienki, aby odrzucić gdzieś w bok.

Dzięki temu mógł przez chwilę patrzeć na jej bladą skórę, odzianą w czarną, seksowną bieliznę. Mógł dostrzec błysk w jej oczach, kiedy badała jego reakcję oraz delikatny rumieniec oblewający ciało. Wyczuwał tą bijącą od niej energię.

Musiała go obserwować, nie potrafiła się jakoś powstrzymać przed tym. Całe ciało wręcz płonęło od chwili opuszczenia klubu, ale teraz, po dotyku jego ust na jej skórze, wręcz spalało się. Chciała więcej, chciała tego co może jej ofiarować. Jego ciało działało na nią jak magnes, wręcz przyciągał. Choć kontrast bladej cery i jego ciemnej karnacji rzucał się w oczy, wydawało się to bardzo seksowne. Podniecała się od samych myśli, że ten mężczyzna, wielki i umięśniony, a także tak dobrze wyposażony, posiądzie ją i to już za kilka chwil, a może szybciej.

Czuł, że więcej nie wytrzyma, musi znaleźć się w jej gorący wnętrzu. Szczególnie, że mógł łatwo ujrzeć wilgoć pomiędzy jej nogami, a zapach jaki od niej dochodził był niebiański dla zmysłów.

– Chcę ciebie – warknął.

– Weź mnie – mruknęła, jęknęła przy tym.

Jego dłoń powędrowała wprost do jej stanika, na szczęście dostrzegł wcześniej, że zapięcie znajdowało się z przodu. Zdolne palce rozpięły go, a piersi natychmiast uwolniły się z ciasnych miseczek. Teraz prężyły się przed nim dumnie, a różowe sutki sterczały przed nim, twarde i pragnące dotyku. Musnął oba kciukami, uszczypnął lekko.

Jęknęła na ten dotyk, a on znowu ścisnął je między palcami, przez to ciało przeszły dreszcze, więc mógł rozkoszować się tym widokiem.

Powtarzał swoje ruchy raz za razem. Kochał to w jaki sposób wiła się pod nim przepełniona pożądaniem i pragnąca, aby zaspokoił potrzeby ciała oraz duszy.

Dłoń zsunęła się po jej brzuchu, złapała za kraj koronkowych majteczek i szarpnął za nie rozrywając, zwinął je do pięści, a jego dłoń stała się mokra od jej soków. Przyłożył do nosa i zaciągnął się.

Zaczęła się w nim budzić druga natura, a nie chciał, aby i ona ją poznała. Pragnął ją ukryć w sobie, ale jej zapach oraz smak sprawiały, że stawało się to coraz trudniejsze. Nie mógł i nie chciał się dłużej z nią bawić. Chciał ją ujrzeć w pełnej krasie, bez żadnego odzienia, a dzięki pozbyciu się jej bielizny miał już taką możliwość. Przed sobą miał idealną, bezwłosą i zaróżowioną część jej ciała. Jej soki błyszczały na skórze, aż prosiły się o zlizanie do czysta.

Musiał spróbować, więc przejechał językiem po nabrzmiałych wargach, a dłonią musnął jej wrażliwy fragment skóry, zanurzył w niej swoje palce. Pokryły się jej nektarem, spojrzał na nią i patrząc w jej oczy oblizał każdy po kolei, possał je przez ułamki sekund, aż czuł ocierające się ostre z pożądania zęby.

Mruknęła jak kotka, poruszyła biodrami, kiedy on smakował jej soków. Ten widok był tak gorący, chciała po prostu więcej. Pragnęła by te jego wspaniałe usta znalazły się na jej wrażliwej skórze, possały i bawiły nią. Pragnęła, aby jego język zanurzał się w niej, muskał i penetrował dogłębnie.

Chciał dać jej orgazm, doprowadzić ją na szczyt dzięki swoim ustom i językowi, ale bał się, że w tamtej chwili uwolni się z niego bestia, był na krawędzi. Jego erekcja potrzebowała zanurzyć się w jej wnętrzu. Sięgnął dłonią w bok i z szuflady wyciągnął szybko opakowanie, które jednym ruchem rozerwał swoimi zębami. Oczy pociemniały, a cichy warkot wydobył się z jego ust.

Jednym ruchem naciągnął na swoją kolosalną wielkość cienki lateks prezerwatywy. Widział jak ona jest pobudzona i przesuwa się pod nim, wije i pragnie jego dotyku. Po chwili znalazł się już na niej, okrył swoim ciemnym ciałem jej blade. Dwa rozgrzane ciała zetknęły się ze sobą, a twarda erekcja ocierała się o wilgotne wejście.

Poprawił się, kiedy ustawił się idealnie nad jej wejściem. Oczy stały się niemal czarne od samej myśli znalezienia się w niej.

Patrzyła na jego skupioną i napiętą twarz. Dostrzegła, że jego twarz jest spięta, a zerkając na nią miał pytanie w oczach, które były tak ciemne z pożądania. Chciał się upewnić, czy na pewno może sobie pozwolić na wejście z nią i zaspokojenie się.

Twierdząco kiwnęła głową, pozwalając na jego ruch. Już sekundę później, jego twarda erekcja, zaczęła zanurzać się w jej wnętrzu. Czuła jak ją rozciąga, wypełnia każdy milimetr, a to uczucie było tak wspaniałe, że wygięła się w łuk. Rozkoszowała się samym uczuciem posiadania go w sobie.

Ciche jęki wydobywały się z jej ust, powtarzały się raz za razem.

Widok jej, podnieconej i chętnej, sprawiał, że i chciał więcej, więcej… Odgłosy, które wychodziły z niej rozpalały go jeszcze mocniej, a atmosfera w pokoju była wręcz gorąca.

Musiał przyznać, że dawno nie był w ciele kobiety, która w taki sposób otaczała go i była aż tak gotowa na jego przyjęcie. Nie zachowywała się jak większość puszczalskich dziewczyn w klubie, które często kręciły się wokół niego, pragnąc znaleźć się pod nim lub na nim. Ona była inna, wiedział to od pierwszego spojrzenia w jej kierunku, wtedy jej zapragnął, dostrzegł coś niezwykłego. Miał dziwne wrażenie, że ona byłaby gotowa do zaakceptowania jego prawdziwej natury, choć tego nigdy nie mógł być pewny, już kiedyś się zawiódł.

Jego usta odnalazły jej wargi, naparł mocno, ale nie pozwolił sobie na otwarcie ich przy niej. Gdyby poczuła jego zęby mogła się przerazić, a nie wolno mu było aż tak ryzykować. Wplotła palce w jego włosy, kiedy on wszedł już całkiem w nią. Jej język próbował się wbić w jej usta, ale nie pozwolił na to.

Nie poruszał się w niej, rozkoszował się chwilą, kiedy w pełni był w niej zanurzony.

Oderwał się od jej ust, wsparł się na przedramionach tuż przy jej głowie. Nabrał powietrza, kiedy patrzył w te śliczne oczy i wynurzał się z niej prawie cały, aby następnie wejść w nią ponownie.

Jęczała i wiła się pod nim. Każdy ruch w jej ciele sprawiał tak wiele satysfakcji i wiedziała, że wkrótce dojdzie.

Oczy, pełne pożądania, tajemnicy, czarne jak dwa węgle wpatrywały się w nią, a jej coraz bardziej to się podobało. Każda komórka jej ciała pragnęła wszystkiego co może jej dać, pozwoliłaby mu na wszystko.

Czuł, że jej orgazm nadchodzi, zmrużyła oczy, a on przyspieszył swoje ruchy, aby móc dojść wraz z nią. Ścianki jej wnętrza zaciskały się na nim, kiedy wreszcie dotarł do niej orgazm, a on w tej samej chwili ryknął osiągając spełnienie. Wygiął się i wcisnął jak najgłębiej w nią. Palce zacisnęły się na prześcieradle, które pod wpływem ostrych w tej chwili pazurów rozdarło się w niektórych miejscach.

Fala gorąca, drgawek dosięgła jej. Osiągnęła całkowite spełnienie, jakie nigdy wcześniej. Czuła jak i on osiąga swój orgazm. Zmrużyła oczy, bo mgła otoczyła ją. Czuła jak odpływa, stwierdziła, że musi mieć już omamy, kiedy zanurzając się w ciemność słyszała jakiś ryk i coś, co jej przypominało coś dziwnego.

Opadła bez sił i zasnęła.

Patrzył jak jego kochanka, wykończona po silnym orgazmie zapada w sen. Miał szczęście, że właśnie tak się stało. Gdyby go teraz zobaczyła to zapewne uciekłaby jak najdalej, a nie wiedział jak on by mógł na to zareagować.

Opuścił jej ciało, próbował unormować oddech.

*****

  Czuła miękką pościel wokół ciała. Chłodną, choć miała wrażenie, że jeszcze niedawno przytulała się do czegoś ciepłego, wręcz gorącego.

Przeciągała się w łóżku myśląc o niesamowitym śnie jaki ją nawiedził. Na samo wspomnienie była wilgotna i podniecona. Wszystko było tak realistyczne, że nie chciała się budzić, ale promienie światła zaczęły padać na jej twarz. Tak bardzo pragnęła pozostać w swoim wyimaginowanym świecie pełnym pasji i szaleństwa.

Ziewnęła i pomału otworzyła oczy.

Jej wzrok padł na biały sufit, a następnie zaczęła spoglądać na otoczenie tak różne od tego co widzi każdego poranka. Po kilku sekundach dotarło do niej, że nie jest w swojej sypialni, w swoim łóżku, a naga i obolała po upojnej nocy znajduje się w nieznanym sobie miejscu.

Podwinęła kolana i cofnęła do tyłu opierając się o zagłówek, a przerażenie biło z jej oczu. Nie wiedziała z kim była, gdzie się znajdowała i co ją czeka. Wiedziała tylko, że po raz pierwszy zachowała się tak nieodpowiedzialnie.

  Sen nie był snem, a rzeczywistością….

*****

 Nie miała pojęcia dlaczego miała wrażenie, że to wszystko było snem, czymś co nagle zawładnęło jej umysłem na jedną chwilę, otumaniło ją i sprawiło, że wydawało się nierealne. Każde wspomnienie poprzedniej nocy było przymglone, a mężczyzna wydawał się taki nierzeczywisty. 

Nic nie układało się w jedną całość. 

Była w dyskotece, tańczyła i świetnie się bawiła. Teraz nie mogła sobie przypomnieć nawet tego, jak on wygląda, albo czy kogoś czasem jej nie przypomina. Nigdy nie była z kimś takim, kto tak szczelnie był owinięty jakąś tajemniczą maską, więc tym bardziej wydawało się to nierealne.

 Chciała wiedzieć, że tak naprawdę istniał i nie różni się niczym od innych mężczyzn jakich znała.

Podkuliła kolana, rękoma oplotła je. Patrzyła w przestrzeń opierając się brodą o nogi, a głowę zaprzątało tysiące różnych, dziwnych myśli, pełno pytań, które wciąż pozostawały bez odpowiedzi. Powodowało to także wzbierający ból głowy.

Gdzie była? Co to za miejsce?

Obca posiadłość, obcy pokój, obce łóżko. Wszystko co znajdowało się w tym pomieszczeniu nie należało do niej, no może poza skrawkami ubrań plątających się po podłodze. Wszystko było najprawdopodobniej jego, ale nie miała tej pewności, bo nigdzie przy niej nie było jego.

Była sama.

Otaczały ją śnieżnobiałe ściany oraz czarne, drewniane lub metalowe meble. Wszystko eleganckie i zarazem nowoczesne, w jednym stylu, zero kiczu. Wyraźnie było widać, że mężczyzna ten miał gust, którego mogli pozazdrościć mu inni. Wnętrze było męskie, pasujące do twardego mężczyzny z jakim najprawdopodobniej miała do czynienia.

Łóżko, w którym się obudziła, było ogromnej wielkości, wydawało się, że mogłaby się w nim schować bez problemów. Gdyby tylko chciał mógłby zmieścić w nim kilka osób, jakby brakło miejsca do spania. Mogłaby w nim spać, wylegiwać się przez cały dzień, bo było miękkie i wygodne, o aksamitnej, gładkiej pościeli. Przesunęła dłonią po idealnym materiale. Wyczuła fragment, gdzie prześcieradło było potargane, czuła kilka rys równoległych do siebie.

Od czego się zniszczyło? – Uniosła lekko cienką kołdrę i spojrzała tam, gdzie wyczuła ręką coś dziwnego. Dostrzegła cztery długie rysy, tworzące cztery długie nacięcia, jakby ktoś ciął je nożem niemalże od linijki. Musiała przyjrzeć się całemu, po drugiej stronie jej ciała było dokładnie to samo, takie same nacięcia. Była pewna, że nie mogła tego zrobić ani ona ani on bez użycia czegoś ostrego, ale istniała też możliwość, że było to już zrobione wcześniej. Sama pamiętała o tym, jak mocno zaciskała palce, ale miała co dopiero wypielęgnowane i pomalowane, króciutkie paznokcie, więc na pewno nie mogłaby tego zrobić za ich pomocą. Ewentualnie mogłam zrobić kilka rys na jego muskularnym ciele w chwili uniesienia, pomyślała

Czuła się coraz bardziej dziwnie, gęsia skórka pokrywała odkrytą część ciałą.

Rozejrzała się szukając czegoś podejrzanego, coś na czym mogłaby skupić swoją uwagę, choć sama nie wiedziała co to miałoby być dokładnie. Wzrok skupiła na bocznych drzwiach. Domyśliła się, że za nimi mogła odnaleźć łazienkę, dać ukojenie choć na chwilę swojemu ciału.

Nasłuchiwała przez moment, ale żaden hałas nie dotarł do jej uszu. Najwyraźniej nie było go nigdzie w pobliżu, więc szybko uniosła się owijając szczelnie wokół ciała ciepłą kołdrę. Pozbierała pośpiesznie ubrania walające się po podłodze, aby móc udać się do łazienki i oczyścić z potu oraz niego.

Wyczuwała na sobie zapach tego mężczyzny. Był tak wyrazisty, mieszanka jego potu i spełnienia, resztki nasienia, piżmowy, słodki zapach zmieszany z drogimi perfumami i czymś zwierzęcym. To było przyjemne i wręcz pobudzające, ale pragnęła się już od tego uwolnić, wyjść stąd i zapomnieć o tym co się w tym miejscu wydarzyło.

Nie pomyliła się, znalazła się w łazience.

Zamknęła za sobą drzwi i ujrzała czarno – białe pomieszczenie. Wszystko wykonane znów elegancko, z rozmysłem, wszystko stanowiło spójną całość. Choć prezentowała się skromnie oraz męsko, po przyjrzeniu się można było stwierdzić, że wydał na urządzenie tego miejsca sporą część gotówki. Skierowała się szybko wprost do przestronnego prysznica, gdzie spokojnie mogły się zmieścić dwie a może trzy osoby. 

Nagie i zmęczone ciało po upojnej nocy, oblał ciepły strumień wody spłukując z niej wszystkie brudy oraz zapach tego mężczyzny.

*****

         Próbował unormować oddech. Móc swobodnie nabierać powietrze do płuc.

         Noc, którą spędził z tamtą kobietą była najlepszą ze wszystkich jakie do tej pory miał z kobietami. Nie spodziewał się, że będzie zdolna obudzić w nim bestię, która także zapragnęła posiąść jej ciało, mieć pod sobą kruchą niewiastę. Prawie na to pozwolił, prawie udało się przeistoczyć mu w potwora, prawie zrobił jej krzywdę.

         Na szczęście dla niej i niego samego wycofał się w odpowiednim momencie, uciekł w głąb ciemnego lasu za jego domem, gdzie pozwolił swojej drugiej naturze na wszystko, co tylko chciała.

         Bestia, która się w nim kryła, siedziała głęboko w nim od zawsze, odkąd się urodził jakaś cząstka pozostawała w nim. Odziedziczył to przekleństwo w spadku po swoim ojcu, a ten po swoich przodkach. W głębi duszy wolałby się nigdy nie urodzić, gdyby wiedział jaki los go czeka i co zrobi. 

Tamten mężczyzna uwiódł jego matkę swoim pięknym ciałem i aparycją, omamił ją a następnie zostawił na pastwę losu, przez co ona sama musiała w jakiś sposób ujarzmić jego drugą naturę. Przemiana w tą drugą postać nastąpiła w nim dopiero po osiągnięciu pełnoletności, ale już wcześniej miał nagłe wybuchy gniewu i nie zachowywał się jak zwykły nastolatek.

        Zawsze ta chwila, w której przyjmował postać bestii była pełna bólu, ale zarazem pewnej ekstazy, podniecenia, przez co nienawidził tego jeszcze bardziej.

         Jego ojciec pojawił się kiedy nastąpiło to za pierwszym razem. Po prostu stanął niedaleko i obserwował, ale on wyczuwał, że jest z niego dumny, bo w końcu ktoś odziedziczył po nim te przeklęte geny. On sam w tej jednej chwili, kiedy nastąpiła pierwsza przemiana, pragnął umrzeć. Nie chciał żyć z tym czymś w sobie, chciał pozbyć się bestii, móc pozostać sobą, stać się normalna osobą w jego wieku, ale nic z tego. To wszystko nastąpiło i zmieniło jego życie. Musiał dołączyć do stada, z którego przez jeden błąd został wygnany.

         Jego ciało i umysł uformowało się w odpowiedni sposób, odtąd wyglądem przypominał mężczyznę, na oko dwudziestopięcioletniego, choć już teraz miał kilkadziesiąt lat więcej. Nie starzał się, nie pojawiały się na jego twarzy zmarszczki, a jego ciało potrafiło się szybko regenerować. Nie musiał udawać się codziennie na siłownię, czy też uprawiać jogging, i tak miał wysportowaną sylwetkę z idealnie uformowanymi mięśniami. Nigdy też nie musiał starać o uwagę kobiet, to one same ciągnęły do niego jak pszczoły do miodu nie wiedząc z kim tak naprawdę mają do czynienia. Nigdy też nie miały się dowiedzieć.

         Sam próbował już popełnić samobójstwo, ale z niepowodzeniem. Jedyną pamiątką po tym była szrama na jego piersi od wbitego metalowego pręta, który przeciął mu skórę. Nic poza tym mu się nie stało. Wiedział, że jedynym sposobem na śmierć była walka z inną bestią, która musiałaby być silniejsza od niego.

         Teraz podążał przez las w stronę swojego domu, a raczej miejsca, które mógł przez jakiś czas nazywać domem, aż do momentu, w którym będzie musiał zniknąć. Słońce już zaczęło unosić się ponad horyzontem i oświetlać teren wokoło, a jego myśli automatycznie wędrowały do tego pięknego ciała, które pozostawił nagie i zaspokojone na łóżku.

         Nigdy nie odczuwał czegoś takiego do nikogo, do żadnej kobiety czy też mężczyzny. Jego ciało wręcz samo ciągnęło do niej, jakby byli dwoma magnesami o przeciwnych biegunach, które musiały się spotkać razem i połączyć. Wspominał jak kusiła go, a w czasie miłosnych uniesień wbijała w niego swoje pazury w jakiś sposób wiążąc go ze sobą. Czuł się, jakby był przez nią zamykany w ciasnej klatce, jakby nie chciała go puścić i dzielić się z kimkolwiek innym, a on z chęcią miał zamiar jej na to pozwolić.

         Czy ona jest moją NIMAH? – spytał sam siebie w myślach.

         O tych kobietach słyszał tylko z drugiej ręki, sam nigdy nie spotkał żadnej. Jego matka posiadała w sobie tylko cząstkę nimah, która przyciągnęła jego ojca, ale przez to, że nie była nią całkowicie, nie potrafiła utrzymać go przy sobie na stałe. Ten jak się okazało, miał taką samicę gdzieś zupełnie indziej, a jego matka była tylko tylko odskocznią od codzienności. Przy okazji to ona, a nie jego luba, dała mu upragnionego syna, do którego tak naprawdę nigdy się nie przyznał. Gdy jego ojciec stracił swoją Nimah, związał się z inną, z która miał syna, w przeciwieństwie do niego, tamtego uznał.

         Nimah wiązała samca z samicą na wieki, nic nie mogłoby ich rozdzielić prócz śmierci któregokolwiek, choć i to w wypadku śmierci bestii powodowałoby zgon partnerki. Żadne z nich nie potrafiłby żyć bez swojego prawdziwego partnera, wpadliby w agonie i już nigdy nie odzyskali dawnego wigoru, chęci do dalszego współżycia w tym świecie. Dlatego uważał, że ojciec nie posiadał prawdziwej Nimah, wciąż żył, gdy jego matka i pierwsza partnerka już nie znajdowały się na tym świecie.

         Czarnowłosa kobieta, z którą spędził poprzednia noc, która teraz leżała i odpoczywała wykończona po upojnie spędzonej nocy, znajdowała się w jego łóżku. Wciąż czuł na sobie jej niezwykły zapach, a to pobudzało jego ciało do ponownego działania, chęci zanurzenia się w jej ciepłym ciele. Wciąż umysł dostarczał mu wspomnień o tym jak dyszała, jęczała i wiła się pod nim pragnąc jeszcze więcej niż jej dawał. Chciał znów ją posiąść i poczuć ten żar jej ciała ocierającego się o niego, a był pewny że nie skończyłoby się to na jednym razie. Pragnął mieć ją znowu i znowu.

         Zbliżał się do swojego domu, wpierw powoli próbując pohamować swój popęd, ale gdy tylko dostrzegł zarys muru jego kroki zwiększyły szybkość. Myśli ciągle krążyły wokół niej i nie chciały go opuścić. Wyobraźnia wręcz szalała, ukazywała w jego umyśle tysiące zdjęć, obrazów na jawie, przedstawiających ich, miejsca i pozycje ich wspólnych ekscesów, tego co mogliby zrobić, jeśli tylko sobie pozwolą na coś więcej. Pochłaniało go to bez reszty.

         Mijając bramę zdał sobie jednak sprawę, że coś jest nie tak, coś się nie zgadzało. Dopiero teraz zdał sobie sprawę, że brama wejściowa była uchylona choć nie powinna. On sam nie opuszczał tego miejsca tą drogą, a skacząc przez wysoki mur z dachu garażu. Dodatkowo pamiętał, że kiedy przechodził z nią tędy upewniał się, iż zamknął wszystko dokładnie. Nikt nie miał prawa wkroczyć na jego terytorium z zewnątrz.

         Węchem próbował wyczuć kogoś obcego, bo jego wrażliwy nos potrafił wyczuć wszelkie niezgodności, ale żaden dziwny zapach nie docierał do niego, poza wonią otoczenia, jej i jego samego. Nadal mu coś nie pasowało, nie wiedział tylko co dokładnie.

         Wytężył swój umysł i tylko jedna myśl nasunęła mu się do głowy.

         – Ona! – warknął.

         Nie wahał się. Rzucił się pędem do drzwi pragnąc jak najszybciej zaspokoić swoją ciekawość i chciał, aby to co pomyślał okazało się błędne. Miał jednak to dziwne przeczucie, że ten cały niepokój, który go ogarnął wiązał się właśnie z jej osobą, więc musiał sprawdzić wszystko.

         Ledwo przekroczył próg domu, a już dał swojej bestii większe pole do manewru, wytężył słuch i węch. Nic nie dotarło do niego, żaden dźwięk. Nie było żadnych kroków, ruchów, nawet nie słyszał jej oddechu. Docierał do niego jedynie jej zapach, który ciągnął się od sypialni do drzwi wejściowych.

         Czuł jak jemu samemu zaczyna brakować powietrza, kiedy niemal skakał po schodach, aby wreszcie znaleźć się w sypialni. Zostawiła drzwi otwarte na oścież i zapraszały do środka. W pierwszej chwili dostrzegł tylko rozbełtane łóżko, bez kołdry, która nie wiedział czemu znalazła się przy drzwiach od łazienki. Mógł ujrzeć za to pocięte przez jego pazury prześcieradło, pamiątka po tamtej nocy dodatkowo przesiąknięta sokami jej spełnienia. Brakowało tylko jej.

         Ryk wściekłości wydobył się z jego gardła, a bestia znów napierała na niego pragnąc uwolnienia i zaspokojenia. Jego kobieta zniknęła, uciekła przed nim, a nad nim zaczęły zbierać się czarne chmury.

         Znikła, pozostawiła go samemu sobie, bez żadnego słowa wyjaśnienia, żadnej karteczki z informacją, że odeszła. Mogła chociaż poczekać aż on wróci, ale nie… ona wolała odejść właśnie w ten sposób.

         Dotarło do niego, że tak naprawdę nic o niej nie wiedział. Nie znał jej imienia, adresu, ani numeru telefonu. Ich wspólna noc była anonimowa, ona nie poznała jego, a on jej. Pozostawił jednak na niej swój ślad, oznaczył podczas ich wspólnej nocy, a dzięki temu odnajdzie ją wszędzie. Pamiętał że tej nocy użył zabezpieczenia, ale nie spełnił oczekiwań…

Opublikowano Dodaj komentarz

Wilcze serce – 1

Miałam pięć lat, kiedy opuściłam swój dom, miasteczko, kraj. Musiałam zapomnieć o miejscach, gdzie się urodziłam, bawiłam z ojcem, a także pozostawiłam jego grób. Wraz z matką przenosiłam się z miasta do miasta, z kraju do kraju, aż przekroczyłyśmy pasmo wody i wylądowałyśmy na obcej, kanadyjskiej ziemi, by po kilku miesiącach przejść granicę docierając do stanu Oklahoma. Osiedliłyśmy się po latach tułaczki w Grove, małej miejscowości, której sporą część mieszkańców stanowili rdzenni amerykanie.

W tym miejscu mama odnalazła swojego wuja, który wyjechał jeszcze przed moimi narodzinami i zamieszkałyśmy z nim w małym domku przy jeziorze Grand Lake. Miałam wtedy tylko czternaście lat, ale czułam się dużo starsza.

Po raz pierwszy poczułam, że mogłabym tu zostać, choć moje serce ciągnęło do gór z lat dzieciństwa. Pamiętałam tamten dzień, gdy w pośpiechu opuszczałyśmy nasz dotychczasowy dom, choć nie mogłam sobie przypomnieć dlaczego coś tak zdenerwowało moją matkę.

Przekroczyłyśmy próg domu i dopiero wtedy mogłam dostrzec załzawione oczy, choć próbowała powstrzymać się przed płaczem. Szybko podbiegła do telefonu i wykręciła tylko sobie znany numer. Powiedziała:

– Przyjeżdżam jeszcze dzisiaj!

Zaprowadziła mnie do mojego pokoju, kazała spakować do małej torby rzeczy, które są dla mnie najważniejsze. Sama do większej zaczęła pakować ubrania.

Nie wahałam się, na dno wrzuciłam wisiorek, który dziwnym trafem wciąż trzymałam w dłoni, zdjęcia taty z szafeczki przy moim łóżku, kilka książeczek z małego regału i dwie zabawki. Prócz tego małą skrzyneczkę, którą dostałam od ojca, a którą obiecałam, że otworzę na kolejne urodziny. Małego wilczka położyłam na wierzchu. W tym czasie mama wybiegła do swojego pokoju.

Rozległo się głośne pukanie, ale nie podeszła do drzwi. Już wcześniej ostrzegali mnie rodzice, żebym nie otwierała drzwi, więc tylko obserwowałam. Pukanie powtórzyło się. Usłyszałam ten mocny, sprawiający, że się trzęsłam ze strachu, głos:

– Otwórz drzwi, Anno! Jestem twoim Alfą!

Mama przybiegła do mnie, pociągnęła do swojego pokoju i schowała w szafie nakazując być cicho, a następnie wybiegła. Siedziałam skulona słuchając krzyków, z których nic nie rozumiałam.

Po prostu czekałam.

Kilka godzin później siedziałam na tylnym siedzeniu w foteliku, a mama kierowała się w pierwsze miejsce naszej podróży po świecie.

Nigdy mi nie wytłumaczyła dlaczego musiałyśmy wyjechać i dlaczego nigdy nie wróciłyśmy do dobrze mi znanego domu. Wolałam się nie dopytywać.

Czternaste urodziny spędziłam już w Grave i czułam, że tu zostaniemy. Minęły trzy lata, a ja wiedziałam, że wraz z matką zostałyśmy przygarnięte do lokalnej sfory 'Grave’.

Tak, jestem wilkiem. Wilkiem, zmiennokształtnym, choć ludzie mówią na nas wilkołaki. Zostałam o tym poinformowana w wieku dziesięciu lat, abym zrozumiała, że jak osiągnę odpowiedni wiek przy pierwszej pełni zmienię się w wilka. Odbyło się to tuż przed naszym przyjazdem do tej części Ameryki i mama postanowiła, że musimy zamieszkać z inną sforą, abym mogła przyzwyczaić się do tego, co mnie czeka.

Kochałam życie w samotności, tylko z nią, ale sfora zmieniła wszystko. Miałam przyjaciół, znajomych, szkołę. Nie musiałam nikogo okłamywać kim i jaka jestem. Po prostu byłam sobą.

Co jakiś czas biegaliśmy razem po lasach w wilczych formach, wybieraliśmy się grupą do Tulsy, ale zawsze ktoś przy mnie był. Wyróżniałam się wśród nich, byłam rudawym wilkiem o niebieskich oczach, dość zwinna i sprytna z wilczycą o imieniu Gazel. Zgodnie z przypuszczeniem mamy, przybyła do mnie gdy skończyłam piętnaście lat i nastała pierwsza pełnia.

Teraz miałam siedemnaście lat, grono przyjaciół i wielbicieli. Jednak samce z naszej sfory coraz częściej spoglądały na mnie i inne niesparowane dziewczyny, próbowali adorować, pragnąć, abyśmy wybrali ich na partnerów. Ja jednak skądś wiedziałam, że żaden z nich nie jest tym jedynym.

Alfa powtarzał nam wielokrotnie, że nie mamy nic robić na siłę, a także nikt nie może nas zmuszać do nawiązania więzi:

– Wasze serce wybierze tego właściwego czy tą właściwą, on czy ona będą wiedzieli, że są wam przeznaczeni.


Wylądowałem na lotnisku JFK w Nowym Jorku. Po latach poszukiwań wreszcie miałem pewny, obrany kurs, gdzie musiałem się skierować, aby odnaleźć ukochaną.

Dwanaście lat. Tyle minęło czasu od naszego spotkania, ale wciąż miałem przed oczami pyzatą buzię, niebieskie oczy i ciemno rude włosy. Szukałem jej od dnia, w którym ojciec powiedział mi, że zniknęły. Sam próbował ich odnaleźć, bo prawnie należały do jego sfory, ale po jakimś czasie zaprzestał, gdy z Hiszpanii przyleciały dokumenty, z których wynikało, że miejscowy Alfa przejął nad nimi pieczę. Od tego czasu nie było o nich wieści, ale ja nie przestałem o niej myśleć.

Gdy tylko skończyłem osiemnaście lat, osiągnięciu pozycji młodego alfy, spakowałem się i udałem ich śladami. Tym samym złamałem więź ze swoim stadem, zasmuciłem ojca i resztę stada.

Byłem młodym Alfą na wygnaniu, ale miałem swoją mała sforę, Betę Michała 'Mike’, jego siostrę Julię oraz przyjaciela Tomka 'Tom’. Nie chcieli mnie opuścić, więc przyłączyli się do mnie po opuszczeniu sfory ojca w Węgierskiej Górce i udaniu się do Hiszpanii w celu zbadania tropów, które posiadaliśmy.

Przez cztery lata przemierzałem Europę wędrując po śladach, które pozostawiały, ale wciąż nie potrafiłem odnaleźć. W pewnym momencie wszystko znikło, jakby zapadły się pod ziemię. Osiadłem blisko Parku naturalnego del Monstseny kilkadziesiąt kilometrów na północ od Barcelony, jednak wciąż odwiedzaliśmy inne sfory sprawdzając czy ich tam nie ma, ale bez skutku.

W końcu przyjaźnie się opłaciły. Kilka dni temu dostałem maila od znajomego Omegi zza oceanu, który prócz krótkiego listu przesłał mi zdjęcia z zebrania Alf w Oklahomie. Nie były to tylko zdjęcia przywódców, ale także takie zrobione w czasie zabawy członków tamtejszego stada.

Serce zabiło mi mocniej gdy dostrzegłem rudowłosą piękność o niebieskich oczach przy ognisku. Znikła pyzata buzia, wyglądała doroślej, a krągłości pojawiły się tam gdzie trzeba.

Była piękna, a ja cicho warknąłem zdając sobie sprawę ilu kusi samców. – To ona!

Jeszcze tego samego dnia sprawdziłem stan kont, zarezerwowałem samolot do Nowego Jorku i zamówiłem samochód, którym mieliśmy się udać do Tulsy. Miałem nadzieję, że ona wciąż tam jest.

– Jesteś pewny, że to ona? – Spytała Julia, kiedy pakowaliśmy swoje rzeczy do samochodu by udać się na lotnisko.

– Prawie, na dziewięćdziesiąt procent, – odpowiedziałem szczerze.

Od jakiegoś czasu myślałem o tym, że przeniosły się na inny kontynent. Przez swoje podróże poznałem większość sfor i miałem wielu przyjaciół, ale tutaj nie było po nich śladu.

– Jedziemy do Oklahomy i się przekonamy.

Stanąłem wyprostowany górując nad moją małą sforą.

– Marysiu… przybywam!

Opublikowano Jeden komentarz

Wilcze serce – Prolog


Góry i lasy otaczały małą, malowniczą miejscowość w południowej części kraju. Idealne miejsce na letni wypoczynek, czy też spokojne życie. Węgierska Górka przyciąga swoim urokiem, ciszą, a pojedynczy turyści mogli cieszyć się wakacyjnym ciepłem, które skąpało tą okolicę. Zupełnie inaczej niż jakby trafiło się w pełne turystów, zgiełku i hałasu Tatry, tu można było wypocząć od zgiełku dnia codziennego. Świat wydawał się całkowicie normalny.

Miała tylko pięć lat, dwa sterczące kucyki i pyzatą buzię okraszoną kilkoma piegami, kiedy stała przed sklepem czekając na mamę robiącą w środku zakupy. W ręce trzymała pluszowego wilczka, którego dostała od ojca tuż przed jego niespodziewaną oraz zagadkową śmiercią. Od tamtego czasu, od dnia wypadku wciąż miała go przy sobie wierząc, że dzięki temu będzie on przy niej blisko.

Obserwowała kolorową wystawę pełną owoców i warzyw w sklepie, jednym z szeregowego pasażu wzdłuż głównej ulicy, nie zdając sobie sprawy, że sama jest obserwowana. Cieszyła się chwilą.

Codziennie wraz z przyjaciółmi wędrował ulicami miasteczka, a wieczorem biegał po lesie ćwicząc ze swoimi rodzicami. Wiedzieli kim są, kim będą jak osiągną odpowiedni wiek. Tworzyli pewnego rodzaju elitę, grupę, do której nie dopuszczali zwykłych ludzi, chyba że ktoś pasował w jakiś sposób do nich. Mieszkali tu od zawsze i nic nie miało tego jak na razie zmienić.

Miał dziesięć lat. Krótkie czarne włosy i ciemne oczy, a do tego opaloną na brąz skórę. Nie wyglądał na chłopaka w swoim wieku. Był wyższy, bardziej wysportowany i pewny swoich ruchów niż jego rówieśnicy, szczególnie przyjezdni. Wiedział także, że nawet starsze dziewczyny oglądają się za nim w szkole. Nie zwracał na nie uwagi, znał prawo i musiał czekać, aż znajdzie swoją partnerkę, z którą w dorosłym życiu się połączy. Miał też pewność, że może to się zdarzyć równie dobrze za kilka lat jak i kilkadziesiąt. Nie wiedział czego oczekiwać.

Śmiał się i wygłupiał wymachując małym jojo, które dostał na urodziny miesiąc wcześniej. Już nauczył się kilku trików, więc mógł się popisywać przed innymi. Zamachnął się wyrzucając je w powietrze i obserwując ruch zanim wróci do jego dłoni. Nagle jednak zamarł. Trwało to sekundę, ale wystarczyło, aby po raz pierwszy nie udało mu się wykonać pełnego triku.

Mrugnął kilka razy, a kula wisiała na małej lince przy jego nodze. Ktoś machnął mu przed oczami, ale on nie zwracał na to uwagi. Wpatrywał się w małą postać stojącą niedaleko i wyłączył się na otaczający go świat.

Skierował się w jej stronę. Powiew wiatru doprowadził do jego wrażliwego nosa zapach dochodzący od niej i miał pewność, że to właśnie ona. Od zawsze węch był częścią ich natury.

Usłyszała go, kiedy się zbliżał i obróciła w jego stronę. Uśmiechnęła się lekko cofając, gdy on stanął tuż przed nią. Górował nad nią i powinna była się go bać, ale czuła się po prostu… dziwnie.

– Cześć słoneczko! – Powiedział z małą ekscytacją w głosie.

– Cześć, – odpowiedziała cicho opuszczając przy tym spojrzenie na dłonie trzymające misia, kiedy wzrastała w niej nieśmiałość.

– Jak masz na imię? – Spytał próbując być grzecznym. Bał się ją przestraszyć. Nie usłyszał odpowiedzi więc sam się przedstawił: – Jestem Adam.

– Marysia, – odpowiedziała wciąż na niego nie patrząc.

Chciał ją zabrać ze sobą na spacer, bawić się i opiekować dopóki nie dorośnie. Czuł, że jest taka jak oni, choć nie miał z nią wcześniej styczności oraz nie widział na zgromadzeniach stada. Pragnął ją poznać i zaprowadzić do ojca, aby pokazać mu, że znalazł swoją drugą połówkę, przyszłą partnerkę. Miał pewność, że to właśnie ona.

Sięgnął za szyję i ściągnął wisiorek, który nosił. Cienki rzemyk, na którego środku znajdował się rzeźbiony wilk. Cząstka jego, którą chciał jej podarować. Dotknął małej dłoni.

– Mam coś dla ciebie, – szepnął kładąc w jej dłoń wilka i uśmiechając się.

Odwzajemniła go i miała już coś powiedzieć, podziękować, kiedy drzwi sklepu otworzyły się.

Wysoka brązowowłosa kobieta wyszła rozpromieniona, ale gdy tylko spojrzała na chłopca wyraz twarzy zmienił się ze szczęśliwego w gniew.

– Odsuń się od mojej córki, – powiedziała łapiąc małą dziewczynkę ściskającą w pięści wisiorek z dala od młodego chłopaka. – Nie zbliżaj się do niej! – rozkazała.

– Ale proszę pani… – chciał coś dodać na swoje usprawiedliwienie, ale ona go powstrzymała.

Nie wiedział, jak się zachować, co się stało. Po prostu chciał być blisko Marysi, którą dopiero co odnalazł, a to było silniejsze niż wszystko inne. Miał już pewność, że są tacy sami, bo nie raz już widział tą kobietę siedzącą z tyłu, przygarbioną i smutną.

Teraz wydawała się być nastawiona wojowniczo. Niczym nie przypominała tamtej osoby na zgromadzeniach stada. Wpatrywała się w niego gniewnie. Mógł wyczuć złość budującą się w niej.

– Nigdy. Nie. Zbliżaj. Się. Do. Niej! Nigdy! – Słowa wymawiała powoli o donośnie.

Obróciła się i szybko ruszyła w stronę czerwonego samochodu. Mała dziewczynka, Marysia, spoglądała na niego przez jej ramię nie rozumiejąc co się dzieje, a z rączki zwisał rzemyk.

Opublikowano Dodaj komentarz

Potępiona – rozdział 4


Nico

Minęło kilkanaście minut, a oni odjechali. Peter wszedł do środka wyraźnie z siebie zadowolony. Widocznie cała ta sytuacja zakończyła się w taki sposób, w jaki oczekiwał.

– I jak było? – spytałam.

– Lepiej nie mogło to się skończyć – powiedział spokojnie i podszedł do mnie.

Objął mnie ramieniem i przytulił do siebie, gładząc po plecach. Był dla mnie jak ojciec i w taki sposób zawsze mnie pocieszał i wspierał.

– Noah uwierzył w to, co mu napisała Catherine, a gdy cię ujrzał, nie miał już żadnych wątpliwości. Dzięki temu mamy przy sobie szóstkę nowych sojuszników.

Odetchnęłam z ulgą.

Pozostałą część dnia spędziłam z Peterem w salonie. Zajęliśmy wygodne miejsca – ja kanapę, a on fotel znajdujący się naprzeciwko. Musieliśmy jeszcze omówić sprawę pojawienia się mojej osoby w szkole. Nigdy przecież nie chodziłam do szkoły ani nigdy nie przebywałam wśród normalnych ludzi, dlatego potrzebowałam wskazówek. Wszystko dla mnie było nowe i niezwykłe. Po części mnie to ekscytowało, ale również niepokoiło. I pomyśleć, że nie boję się tyle wampirów co ludzi, w końcu to wśród nich się wychowałam i nie byłam zwykłą nastolatką.

Peter starał się jednak uspokoić mnie jak najbardziej, mówiąc, że będę chodzić do szkoły wraz z „dziećmi” Noaha, które mi pomogą zaaklimatyzować się, a w razie kłopotów stanąć po mojej stronie. Nie znali mnie ani ja ich, byliśmy dla siebie całkowicie obcy. Byłam coraz bardziej ciekawa, czy są podobni do swojego opiekuna, czy do innych znanych mi wampirów? Czy mnie polubią? Jak mam się wobec nich zachowywać? Jacy oni będą dla mnie?

Jedno pytanie mnie szczególnie dręczyło. Poznałam Noaha, ale czemu nie przedstawili nas sobie? Powinnam przecież ich już dziś zobaczyć i wiedzieć, kto jest kim.

Moje zamyślenie musiało być łatwe do odczytania, bo natychmiast otrzymałam odpowiedź.

– On musi ich do tego wszystkiego przygotować. Nie mogą wiedzieć, kim naprawdę jesteś i jak wiele znaczysz dla nas wszystkich. Jestem natomiast pewien, że Mattiasowi nie uda się odczytać twoich myśli, gdyż nikomu się to jak na razie nie udaje. To dużo pomaga i nie będziesz musiała aż tak bardzo ich kontrolować. Poza tym i tak będę zawsze w pobliżu na wszelki wypadek. Zaprzyjaźnisz się z nimi. – Uśmiechnął się do mnie i przytulił. – Pamiętaj. Jesteś dzielną małą dziewczynką i wszystko ci się uda. Przyzwyczaisz się do twojego nowego życia.

Następnie musieliśmy omówić kilka ważnych kwestii, w tym to, co mogę powiedzieć innym, oraz wymyślić historyjkę mojego dotychczasowego życia. Tak więc, według oficjalnej wersji przeniosłam się tutaj z Toronto wraz ze swoim ojcem, który jest artystą i ma zamiar tutaj odzyskać natchnienie, dostać weny. Mama została na miejscu, aby dokończyć interesy – to na wypadek przybycia Catherine. W głębi duszy wierzyłam, że szybko do nas dołączy i już wkrótce będę mogła spędzać czas zarówno z nią jak i z Peterem. Przy tej dwójce czułam się naprawdę bezpiecznie. Musiałam także przyznać, że coraz bardziej martwiłam się o nią i chciałam ją zobaczyć.

Poopowiadał mi także trochę o tamtym mieście i okolicy, w razie szczegółowych pytań o miejsca rozrywki i tamtejszą szkołę. Nie wiadomo, czego można oczekiwać po moich nowych kolegach ze szkoły i nie mam tu na myśli tajemniczej piątki, ale zwykłych uczniów. Podobno są bardzo ciekawscy i wścibscy, więc musieliśmy powymyślać kilka ciekawych historyjek ze mną w roli głównej. Starałam się wszystko zapamiętać, co przychodziło mi z dziwnie wielkim trudem. Przeważnie nie miałam problemów z nauką i uczyłam się bardzo szybko, ale to jednak było coś innego.

Po przyswojeniu tej całej wiedzy chciałam się dowiedzieć czegokolwiek o moich kolejnych opiekunach. W sumie to mogę ich tak nazywać, mają przecież mnie pilnować tak samo jak Peter. Zaczęłam więc od moim zdaniem najłatwiejszego z pytań:

– Kim jest Noah i jego klan? Czemu akurat oni?

– Noah jest specyficzny, a cała szóstka wyróżnia się na tle innych klanów i pojedynczych jednostek wampirów. Są inni od reszty.

Zaciekawiło mnie to.

– Dlaczego?

– Po pierwsze, jak ci mówiłem wcześniej, wszyscy z nich żywią się krwią zwierzęcą lub korzystają z banków dawców, ale to i tak bardzo rzadko. Żaden z nich nigdy nie skosztował krwi ludzkiej poprzez zabicie innego człowieka, pozbawienia go życia. Można więc powiedzieć, że ich dusze są czyste, gdyż nikomu nie wyrządzają krzywdy. – Zastanowił się chwilkę. – No, może zmniejszają troszkę populację niektórych zwierzątek, ale i tak wybierają tereny z ich nadmiarem.

– Czyli są lepsi czy gorsi od innych? Dobrzy czy źli? Chyba każdy wampir jest zły?

Poprawił się w fotelu i splótł dłonie przed sobą. Patrzył na mnie z lekkim uśmiechem na twarzy i coś go wyraźnie bawiło.

– Zdecydowanie muszę przyznać, że są silniejsi od innych pod względem siły woli i to jest pewne. Trudno jest oprzeć się krwi ludzkiej, a im to bez problemu się udaje i pozwala normalnie funkcjonować wśród zwykłych ludzi. Nie reagują na zwykłe skaleczenia tak jak pozostali. Każdy nawzajem siebie pilnuje, aby nie rzucić się na kogoś i jedynie muszą uważać na to, żeby nikt nie odkrył ich tajemnicy. Dlatego, gdy nadejdzie odpowiednia pora i różnica ich wyglądu co do wieku, jaki podają, będzie wyraźnie się różnić, a ktoś zacznie coś podejrzewać, to muszą uciekać. Znikać bez śladu i szukać nowego miejsca, gdzie znów będą mogli wieść przez kilka następnych lat normalne życie. W ten sposób funkcjonują już od kilkudziesięciu lat i nigdy nie mieli problemów z ukryciem tożsamości.

Widać po nim, że był pod wrażeniem tego, jak ta szóstka potrafi przystosować się do danej sytuacji oraz że są ze sobą tak mocno związani. Ja również. Przez cały czas, kilkanaście lat będąc w Londynie, przebywaliśmy w jednej posiadłości otoczonej wysokim murem. Skryci we wnętrzu i okryci tajemnicą. Rzadko kiedy można było opuszczać to terytorium. Ja jako jedyna ze wszystkich nie miałam nigdy takiej możliwości, nawet jeśli bym błagała ich na kolanach. Chroniono mnie, a raczej strzeżono, aby nikt nie dowiedział się, kim jestem, kim będę i co się ze mną stanie w najbliższej przyszłości..

– Coś jeszcze sprawia, że są tak ważni? – spytałam z czystej ciekawości.

Powiedział mi wystarczająco dużo, ale jak zwykle chciałam wiedzieć więcej i czekałam na to, co powie, patrząc mu głęboko w oczy. Nie protestował.

– Powinnaś to w końcu wiedzieć, więc ci powiem. Prawie każdy z nich posiada jakiś dar, zdolność, która sprawia, że jest się czymś wyjątkowym i specjalnym. Cała szóstka ma coś w sobie niezwykłego. Mattias potrafi porozumiewać się poprzez umysł z innymi wampirami i ludźmi, czego nie stosuje co do tych drugich, a dzięki temu potrafi także czytać w myślach. Selena widzi natomiast przyszłość. Co najważniejsze i istotne, widzi ją bardzo wyraźnie, odwzorowuje w umyśle to, co się stanie, a spełniają się one w dziewięćdziesięciu dziewięciu procentach, rzadko kiedy się myli. Jej wizje mogą być czasami zamglone, jak w wypadku kiedy nie mogła dostrzec ciebie, ale i to daje jej bardzo dużo oraz przewagę nad innymi. Kellan jest jej partnerem, towarzyszem. Znają się od jakiś siedemdziesięciu lat i od początku tworzą związek. Jest on najsilniejszy spośród całej szóstki, choć może nie wygląda na takiego, ponieważ jest dość szczupły i wysoki, ale pozory mylą.

Zamyślił się na chwilę. Czekałam więc w skupieniu na to, co powie dalej. Nie chciałam mu przerywać w tym momencie. Mogłam się teraz dowiedzieć czegoś więcej i skorzystać z tej nadarzającej się okazji. Musiał zastanawiać się, jak wiele może mi wyjawić.

– Podobno to Selena przewidziała nasz przyjazd i stąd dowiedzieli się o tym. Z tego też powodu tak szybko nas odwiedzili, tym bardziej że jej wizja była dość niewyraźna, ale wystarczająca, by dostrzec nowego wampira i kogoś jeszcze. Nie chcieli więc czekać na pozostałą dwójkę, dlatego brakowało Roberta i Kiry. Ta dwójka również jest bardzo uzdolniona. O ile się nie mylę, mężczyzna potrafi poruszać przedmiotami za pomocą telekinezy, natomiast jego dziewczyna jest niezwykle piękna i zniewalająca. To jednak tylko zmyłka, a nie prawdziwy dar. Potrafi się teleportować w wyznaczone przez siebie miejsce, co nieraz jest dość irytujące, gdy nagle pojawia się tuż obok. Głową całego klanu jest oczywiście nie kto inny jak Noah. Pracuje on w centrum weterynaryjnym. Jest lekarzem i dzięki temu mają łatwy dostęp do krwi. Formalnie i ta wersja jest utrzymywana, adoptował całą piątkę, kiedy byli dziećmi. Selena z Mattiasem są bliźniakami zarówno w udawanym życiu jak i naprawdę. Oboje zostali przemienieni po wypadku, w którym zginęli ich rodzice, a on ich uratował. Mieli wtedy po osiemnaście lat. Reszta oficjalnie pochodzi od różnych rodziców i z różnych części kraju.

W ten sposób cały wieczór spędziłam na poznawaniu moich przyszłych towarzyszy i opiekunów, co było bardzo istotne.

Peter wiedział o nich niemal wszystko i podziwiałam go za to. Jak wyjaśnił mi później, musieli mieć pewność co do tego, kogo chcą wtajemniczyć w swój plan. Wraz z Catherine poświęcili temu wystarczająco dużo czasu.

Przez cały wieczór rozmawialiśmy. Dowiedziałam się, że Selena związana jest z Kellanem, ale to już wiedziałam z wcześniejszej jego przemowy. Kira natomiast jest z Robertem. Udają przed ludźmi normalne związki: chłopak – dziewczyna. W rzeczywistości już mają za sobą śluby, a co kilka, kilkanaście lato odnawiają je przed ołtarzem, aby przypomnieć o swojej dozgonnej miłości.

Jedynymi osobami samotnymi w tym klanie była dwójka mężczyzn, Noah i Mattias. Pierwszy z nich stracił swoją połówkę kilkanaście lat wcześniej. Była podobno piękną czarnowłosą wampirzycą, a ich miłość była ogromna. Zginęła ona z rąk kilku nowonarodzonych wampirów, gdy udała się na polowanie. Niewiele wiadomo o całej tej sytuacji, choć wydawała się wielce podejrzana.

Natomiast Mattias do tej pory nie odnalazł swojej bratniej duszy i podobno nie znalazł oraz nie spodziewa się w najbliższym czasie takiej osoby spotkać. Żyło mu się dobrze bez drugiej połówki i wystarczała mu bliskość z resztą klanu.

Od tej pory miałam z całą piątką chodzić do jednej szkoły. I wraz z nimi uczestniczyć w tej farsie. Oni jednak nie wiedzieli, z kim mają do czynienia. Jutro miałam ich spotkać przed szkołą, oni mieli się mną opiekować w tym czasie.

Szkoła? To również mój opiekun musiał mi wytłumaczyć. Nie miałam przecież bladego pojęcia, co mam tam robić i na czym to wszystko polega.

Peter pomału wyjaśnił, że będę musiała wstać wcześniej niż zwykle, ponieważ zajęcia zaczynają się o ósmej. Dlatego muszę się jeszcze ubrać i przygotować na wielkie wejście. Będę się tam uczyć tak jak do tej pory z nim i Catherine. Jest w tym jednak wielka różnica, polega ona na tym, że teraz oni nie będą moimi nauczycielami, a będę ich miała teraz kilku, poza tym uczyć się będę w większej grupie osób, a nie jak do tej pory sama. Zapewnił mnie jednak, że na każdych zajęciach będzie mi towarzyszył ktoś z tamtego klanu. On nie może, ale będzie miał na mnie oko w pewien sposób.

Nie wiem czemu, ale ogarnął mnie dziwny rodzaj strachu na samą myśl o tym. Nie bałam się wampirów, a bałam się ludzi? Wydawało się to takie dziwne, ale prawdziwe. To oni byli dla mnie obcy.

Ze strachem i obawą co do tego, jak będzie wyglądał jutrzejszy dzień, udałam się do swojego pokoju, który wskazał mi Peter. Nie zapalając światła, padłam na łóżko, które widziałam dzięki blaskowi księżyca rzucanemu na niego. Zamknęłam oczy i odpłynęłam w świat Morfeusza.



Peter

Lekko zwariowany dzień chylił się ku końcowi. Nareszcie, gdyż należał chyba do najtrudniejszych w moim dotychczasowym wieloletnim życiu. Tak wiele pytań, tak wiele odpowiedzi i wciąż tak wiele niewiadomych, niedomówień.

Jeden z problemów był z głowy. Na szczęście Noah nie robił większych przeszkód. Ze skupieniem i pełną powagą czytał list od Catherine do niego i widać po nim było, że wywołał efekt, jakiego się spodziewaliśmy. Czułem od niego tę niepewność, powątpiewanie, szok i ciekawość. Spodziewałem się także, że będzie chciał spotkać się z Nico i poznać ją osobiście, dlatego kazałem jej czekać w gabinecie. Miał on już taką naturę, nakazującą mu analizowanie i poznawanie wszystkiego, co nowe i niezwykłe, a ona należała do obu tych grup. Musiał zaspokoić swoją ciekawość i wiedziałem, że w ten sposób przeciągniemy już na pewno jego osobę i klan na swoją stronę – że nam pomogą.

Co do jednego miałem pewność, że jak spotka się z nią, to na pewno uwierzy we wszystko, co było napisane. Nie pomyliłem się zbytnio i uzyskałem satysfakcjonującą odpowiedź. Mieliśmy kilku sojuszników po swojej stronie i to niezwykłych sojuszników. Tak uzdolniony klan na świecie był wyjątkiem. Znałem tylko jeszcze jedno miejsce, gdzie można było spotkać aż tak utalentowane wampiry, ale ich natura bliższa jest tej, którą prezentuje Dimitri.

Wieczór minął przyjemnie i z wielka chęcią spędziłem go na opowiadaniu Nico o naszych nowych znajomych i jej opiekunach. Nie mogłem im pozwolić poznać ją w tym momencie, ponieważ nieznana mi była ich reakcja na to wszystko. Nie miałem także pewności co do faktu, czy znają starą legendę przekazywaną z ust do ust. Ich reakcja była więc wielką niewiadomą. Dlatego najrozsądniej z naszej strony było ukrywanie przed nimi faktu, jak wielkie znaczenie miała dla nas wszystkich Nico. To mogło być niebezpieczne dla wszystkich zgromadzonych. Pozostawało więc czekać na odpowiedni moment i wtedy przekazać im pełne informacje dotyczące całej tej sprawy i Nico. Miało to mieć miejsce już niedługo, ale tyle muszą wytrzymać.

Moja podopieczna była zafascynowana całą historią. Oczywiście miała sporo pytań, ale wolała je zachować dla siebie i skupić się na tym, co mówię. Podobało mi się ta cała sytuacja.

Można powiedzieć, że Nico do tej pory miała tylko mnie i Catherine. Oczywiście był jeszcze Ian i parę innych wampirów krążących niedaleko, ale tylko naszej dwójce ufała od zawsze. Byliśmy jej przyjaciółmi i rodziną, osobami, którym ufała bezgranicznie. Wraz z pójściem do szkoły miała poznać piątkę podopiecznych Noaha i innych uczniów szkoły, którzy bardziej przypominali ją niż nas, wampiry. Fascynowało ją wszystko to, o czym mówiłem. Nie przerywała w żadnym momencie. Nie pytała zbyt wiele, a ja starałem się mówić to, co najważniejsze dla niej. Wszystko co zbędne, pomijałem. Nie musi wiedzieć więcej, niż powinna. Musiała iść w końcu do łóżka, aby jutrzejszego dnia być wypoczęta i gotowa do rozpoczęcia nauki.

Noc spędziłem na czatowaniu i pilnowaniu ochronnej tarczy wokół domu.

Na wszelki wypadek wolem chronić cały teren. Nie chciałem, aby nikt niepowołany wiedział, że tutaj jesteśmy, mieszkamy. Na szczęście mój dar i jej niepowtarzalność sprawiają, że trudno nas teraz tu odnaleźć, nawet jeśli ktoś by się mocno starał.

Czas przemiany zbliża się nieubłaganie, ale dzięki nam wszystkim wszystko powinno udać się bez przeszkód. Byliśmy przygotowani niemal na wszystko.

Księżniczka może się tu czuć bezpieczna.


Mattias

Przez całą drogę powrotną milczał. Nie wypowiedział ani jednego słowa, a w jego myślach nie mogłem nic odczytać. Starał się je zagłuszyć wszystkim innym, byle tylko uniemożliwić mi dowiedzenie się, o co chodzi. Blokował swój umysł przede mną i nie mogłem nic zrobić.

Czekałem jednak cierpliwie na wyjaśnienia ze strony Noaha.

Jak miałem teraz to wszystko wytrzymać? Do jutra pozostało tylko kilkanaście godzin, ale dla mnie zamiast kilku nic nieznaczących godzin, jakich już wiele miałem za sobą, to było jak wieczność.

Ledwo wjechaliśmy na podjazd, a na miejscu już zastaliśmy zniecierpliwionych i zaniepokojonych towarzyszy, Kirę i Roberta, którzy byli dla mnie jak siostra i brat. Nie pojechali z nami, gdyż byli na polowaniu, ale najwidoczniej skończyli szybciej niż normalnie.

– Gdzie się podziewaliście? – spytała Kira, a na jej twarzy widoczna była troska.

Cóż, miała już taką naturę. Czuła się dziwnie odpowiedzialna za nas wszystkich, a brało się to głównie stąd, że jako pierwsza po Noahu została przemieniona oraz pod względem wieku, w którym to się stało. My zostaliśmy przemienieni w wieku około siedemnastu albo osiemnastu lat, natomiast ona miała dwadzieścia. Przyznać trzeba jednak, że wygląda młodo i niczym nie wyróżnia się wśród naszych rówieśników poza nadzwyczajną dorosłością, którą sobą prezentuje. Teraz próbowała odgrywać na nas rolę matki i opiekunki.

– Pewien wampir i jakaś dziewczyna wprowadzili się niedaleko, ale Noah nic nie chce nam powiedzieć – odparłem, przepychając się pomiędzy nimi i wchodząc do środka.

– Obiecałem! – podkreślił. – Wejdźcie do środka, a powiem wam tyle, ile mogę.

Każdy z nas na te słowa popatrzył na niego, ale nie odezwał się. Skierowaliśmy się do salonu, czekając na to, co ma on nam do powiedzenia. Ja już wiedziałem jedno, że nie powie nam najważniejszych kwestii tylko ogólniki.

Zajął wygodne miejsce w fotelu, twarzą do nas, gdyż my usiedliśmy na dwóch kanapach. Czekaliśmy na każde słowo, które miało paść z jego ust, ale usłyszeliśmy niewiele. Powiedział tylko, że w szkole spotkamy niezwykłą młodą dziewczynę o imieniu Veronica, ale jeśli tylko chcemy, możemy do niej mówić Ver. Poza tym mamy jej pilnować i traktować jak siostrę, bo obiecał pomóc jej i jej opiekunom. Mamy ją chronić, bo grozi jej niebezpieczeństwo. Na koniec mruknął, że w sobotę się coś wydarzy, ale nie wiadomo do końca, co takiego i należy zachować wszelkie środki ostrożności. Zabronił nam jakichkolwiek wybryków i wypytywania dziewczyny o jej życie.

Próbowałem wyciągnąć od niego więcej, ale to nic nie dało. Znowu zaczynał myśleć o swoich pacjentach i pracy w pobliskiej lecznicy zwierząt. Specjalnie zadzwonił tam i wziął nocny dyżur, aby unikać nas i niewygodnych pytań.

Musieliśmy podzielić się jednak w tym czasie z Kirą i Robertem wszystkim, co sami przypuszczaliśmy. W sumie to oboje byli ciekawi, kim jest ta mała i ekscytowali się jutrzejszym dniem. Można też już było stwierdzić, że Kira nałoży na nią swój ochronny parasol. Selena niestety nie miała przez ten czas żadnej wizji na ten temat. Musieliśmy zaufać Noah i temu całemu Peterowi, choć nie wiedzieliśmy dlaczego. Trzeba było czekać.

Opublikowano Dodaj komentarz

Potępiona – rozdział 3


Selena

Od paru dni moje ciało ogarniało dziwne przeczucie. Coś miało się wkrótce wydarzyć, ale ja nie wiedziałam co? Mój dar nigdy nie zawodził, ale teraz blokowało go coś większego.

Siedziałam wygodnie rozłożona w salonie. Mój kochany Kellan obejmował mnie delikatnie ramieniem i wtulał twarz w moje włosy, tak jak lubię. Poza tym trochę się nudziłam. Ostatnio nic ciekawego się nie działo. Robert z Alex wyjechali z samego rana na polowanie. Noah siedział u siebie w gabinecie, gdzie jak zwykle był pochłonięty lekturą zbiorów badań naukowych z pobliskiego uniwersytetu, a mój brat, Mattias, grał tymczasem na gitarze moją ulubioną melodię.

Czułam błogi spokój, który tak bardzo kochałam, a zarazem nienawidziłam.

W jednej chwili moje oczy zaszły mgłą. Znieruchomiałam.

Stałam przy niewielkim domku i zobaczyłam przed sobą mężczyznę i młodą dziewczynę. Wysiadali z nowiutkiego czarnego mercedesa klasy M. On był wampirem, rozpoznałam to od razu. Ona jednak… sama nie wiem. Była jakaś dziwna, inna. Nigdy nie widziałam kogoś takiego jak ona. Jej obraz był niewyraźny, lekko zamglony, więc nie mogłam dostrzec dokładnie jej twarzy. Wydzielała wokół siebie dziwną aurę. W głębi duszy poczułam, że ta osoba zmieni coś w naszym i nie tylko naszym życiu. Wywróci do góry nogami całe nasze spokojne życie i nigdy nie będzie już ono takie same jak przedtem.

Wizja się skończyła tak samo szybko, jak się zaczęła i po podniesieniu powiek, pierwsze co ujrzałam, to wpatrzonego we mnie Mattiasa, a za nim pozostałą dwójkę. Siedziałam sama wtulona w sofę, a trzy pary ślepiów przyglądały mi się intensywnie. Wszyscy patrzyli z zaciekawieniem i niepokojem. To, że miałam wizje tego, co się wydarzy, sprawiało, że byłam najważniejszym ogniwem w klanie. Ufali mi całkowicie. Nigdy nie zawiodłam. Moje wizje sprawdzały się w stu procentach.

Teraz przyglądali się mi i wyczekiwali na to, co powiem. Wiedziałam już, że Mattias zaczyna się zastanawiać, co też może oznaczać moja wiza. Jego zdolność przenikania przez umysł i czytania myśli sprawiła, że już wiedział, o co chodzi. Nie musiałam długo czekać, a usłyszałam jego głos w swojej głowie z pytaniem:

– Kim są?

Mogłam tylko wzruszyć ramionami. Skąd miałam to wszystko wiedzieć.

Zarówno Noah, jak i Kellan spojrzeli na naszą dwójkę. Wiedzieli już, że komunikujemy w tym momencie między sobą i również chcieli poznać prawdę, moją wizję. Dowiedzieć się, o co chodzi.

– Wampir – powiedziałam. – I jakaś dziwna dziewczyna.

Spojrzeli na mnie zdziwieni. Spodziewali się pewnie czegoś dużo gorszego albo dokładniejszego, ale ich również zaciekawił fakt, że chodzi o dziewczynę i naszego współbratymca.

– Dziewczyna? Jest wampirem czy człowiekiem? – zapytał Naoh.

– Nie wiem. Nie wyczułam. – Spuściłam wzrok.

Czułam się winna, że nie mogłam tego stwierdzić. Zawsze wszyscy patrzyli na mnie z nadzieją i pewnością, że ja wiem wszystko. Pierwszy raz zdarzyła mi się sytuacja, gdy nie byłam pewna tego, co w danej chwili widzę.

Wizja była niepełna, gdyż dziewczynę otaczała niezwykła aura, która blokowała do niej dostęp. Miała na siebie nałożoną jakby tarczę, która izoluje ją. Nie mogę w żaden sposób sprawdzić, kim jest.

– Kiedy? – zadał pytanie lekko zaniepokojony Noah.

Tak jak mnie jego również niepokoił fakt, że nie mogłam określić, kim ona jest w rzeczywistości.

– Dziś wieczorem. – Tego jednego byłam pewna. – Ten człowiek również żywi się tak jak my. Co prawda od niedawna, ale jednak.

To był fakt, którego byłam pewna. Jego oczy miały kolor lekko brązowawy – taki sam jaki my posiadaliśmy, nie krwisty. To jedno zdanie uspokoiło wszystkich moich bliskich, którzy byli teraz przy mnie.

Kellan przytulił mnie do siebie i pogłaskał ręką moje falujące włosy. Tak bardzo cieszył mnie fakt, że miałam kogoś takiego jak on. Zawsze mogłam na niego liczyć.


Nico

Spałam całą drogę z Monterrey do Nowego Jorku. Nie wiem, ile dokładnie czasu upłynęło, zanim wylądowaliśmy w nowym miejscu, ale czułam się całkowicie wyspana i przebudzona.

Z nagłówka gazety, którą dojrzałam leżącą przy kiosku, wywnioskowałam, że pozostało jeszcze tylko pięć dni do moich urodzin, na które tak długo czekałam. Ten jeden dzień miał teraz tak wiele zmienić w całym moim życiu. Obrócić go o sto osiemdziesiąt stopni. Tym bardziej niecierpliwiłam się do chwili, która nastąpi.

Wyszliśmy przed lotnisko, ale zamiast skierować się do jakiegoś ekstra samochodu, Peter znalazł taksówkę. Szybko wsiedliśmy do auta. Mój towarzysz przekazał, dokąd kierowca ma nas zawieźć i już po kilkunastu minutach, parę ulic dalej zakończyliśmy jazdę. Nie pytałam go o nic. Wciąż tak mało wiedziałam, ale stwierdziłam, że przyjdzie czas na kolejne wyjaśnienia. Poza tym nie miałam ochoty mówić o naszych prywatnych sprawach przy osobach trzecich, a taką osobą na pewno był taksówkarz. Czułam się dziwnie obco przy nim.

Wysiedliśmy i udaliśmy się na parking, gdzie już stał czarny błyszczący mercedes. Przyznam, że robił wrażenie. Na terenie posiadłości często miałam okazję przyglądać się różnym modelom luksusowych samochodów, ale nigdy nie miałam okazji nimi podróżować. Od razu mogłam jednak dojść do wniosku, że był niesamowicie drogi i nowiutki.

Pospiesznie zajęłam miejsce obok kierowcy, zapinając pas i spojrzałam na Petera. Dostrzegłam szeroki uśmiech na jego twarzy, który teraz się tam odmalował. Wywnioskowałam z tego, że wszystko idzie zgodnie z planem i na mojej twarzy również pojawił się szeroki uśmiech, ukazujący rząd śnieżnobiałych zębów.

– Dokąd teraz? – Ciekawość nadal mnie zżerała.

Od naszego wyjazdu z Londynu, a raczej ucieczki podobne pytania zadawałam praktycznie, co chwilę, chyba że akurat spałam. Teraz jednak jeszcze bardziej niecierpliwiłam się. Chciałam w końcu dowiedzieć się, dokąd konkretnie mamy się udać. Wiedziałam tylko, że do Kanady, ale ten kraj jest dość szeroki.

– Whistler, jest to niewielka miejscowość znajdująca się kilkadziesiąt kilometrów od Vancouver – odpowiedział. – To najlepsze i najbezpieczniejsze miejsce, przynajmniej jak na razie.

– Whistler? – powtórzyłam pytająco. – Dlaczego?

– Jest w Kanadzie. Poza tym najczęściej tam jest dość pochmurno i pada. Poza tym, tam mieszkają oni, Noah i jego klan, a oni jednak są nam potrzebni.

Znowu wspomniał o tym człowieku, wampirze i jego towarzyszach. Zaczęło mnie to wszystko coraz bardziej intrygować. Wciąż wokół mnie krążyło tyle niewyjaśnionych spraw i tajemnic. Największą zagadką z nich wszystkich byłam przecież ja sama, bo to co się ze mną stanie, było największą niewiadomą całej tej historii.

Nie rozmawialiśmy w czasie dalszej drogi, ponieważ, sama nie wiem, dlaczego znowu przysnęłam. Obudziłam się, gdy dojeżdżaliśmy do miasta. Zdążyłam zobaczyłam tabliczkę „Whistler”. To oznaczało koniec podróży, oznaczało także, że przespałam kilka godzin i moje mięśnie lekko zdrętwiały.

Jechaliśmy jeszcze chwilę. Mijaliśmy wielkie oszklone budynki, rozświetlone witryny sklepów z przeróżnymi sprzętami, roześmianych ludzi przechodzących przez ulice. Wszystko dla mnie było takie nowe, niespotykane. Choć w Nowym Jorku widziałam wieżowce z mnóstwem kolorowych neonów, to tym miejscem byłam zachwycona i jego widokiem. Jednak już wkrótce opuściliśmy teren miasta. Jechaliśmy opuszczoną drogą przez gęsty las, aż Peter skręcił w wąską, krętą dróżkę. Zewsząd otaczały nas drzewa, krzewy, które gdzieniegdzie zasłaniały przejazd. Droga wydawała się nie mieć końca. Jednak już po kilkunastu minutach moim oczom ukazał się piękny, niewielki, ceglany dom. Samochód zatrzymał się tuż przed bramą.

– Tu będziemy mieszkać? – zadałam kolejne pytanie, wskazując na małą willę. Peter kiwnął twierdząco. – Jest śliczny.

Po chwili brama stała już przed nami otworem, a my podjechaliśmy pod same wejście. Nie mogłam się powstrzymać, tak bardzo mnie korciło zobaczenie tego wszystkiego. To było jak jeden wielki sen.

Otworzyłam drzwiczki i natychmiast wbiegłam po schodkach. Stanęłam przed wejściem i czekałam na mojego towarzysza, aby razem z nim znaleźć się w tym miejscu. Jego wzrok jednak się zmienił. Na jego twarzy nie widać już było tego triumfującego uśmiechu i podniecenia całą tą sytuacją. Pojawiła się jednak powaga i już wiedziałam, że jest coś nie tak.

– Wejdź do środka, na prawo jest biblioteczka – rozkazał. – Czekaj tam. Będziemy mieli gości.

Nabrałam powietrza w płuca i patrzyłam na niego z przerażeniem. Zastanawiałam się, czy Ian i Dimitri już nas znaleźli i tak szybko dotarli na to miejsce.

Zauważył zmianę w moim zachowaniu i tę niepewność, która ogarnęła mój organizm. Tak łatwo mnie odczytał.

– To Noah. Chce się przywitać – powiedział spokojnie i machnął ręką, bym weszła do środka.

Tak bardzo chciał mnie uspokoić.

Odetchnęłam z ulgą wypuszczając z płuc powietrze i weszłam do środka. Nie rozglądałam się zbytnio wokoło, ale od razu skierowałam się do wskazanego pokoju. Wiedziałam, że Peter wie, co robi i miałam do niego pełne zaufanie, takie samo jakie miałam do Catherine.

Weszłam do gabinetu. Było przepełnione wszelakimi książkami. Na środku stało drewniane biurko z komputerem. Na wprost drzwi znajdowała się wielka oszklona ściana, przez którą wpadały ostatnie promienie słońca dzisiejszego dnia. Usiadłam na kanapie znajdującej się przy drzwiach i nasłuchiwałam. Nie miałam innego wyjścia. Musiałam czekać.


Noah

Od samego początku nie miałem wątpliwości i reszta przyznała mi rację. Należało działać szybko i z zaskoczenia. Musieliśmy czym prędzej dowiedzieć się, kim są i dlaczego przyjechali w to miejsce, jakie są ich intencje względem nas i mieszkańców. Zdecydowaliśmy się więc pojechać w czwórkę i nie czekać dłużej na powrót Roberta i Kiry. Szybko zajęliśmy miejsca w samochodzie, ja, Selena, Kellan i Mattias. Będąc szczerym, to w tym momencie najbardziej na niego liczyłem i on o tym dobrze wiedział, bo jego zdolności mogły być przydatne w razie problemów.

Posiadał możliwość czytania w czyiś myślach, wykrywania, czy ona kłamie oraz potrafił porozumiewać się poprzez umysł bez wypowiadania na głos ani jednego słowa, co było przydatne i niekiedy niezbędne. Teraz mógł się wykazać i pomóc nam. Nie wiedzieliśmy bowiem, z kim mamy do czynienia i czego możemy się się spodziewać po nieznajomych. Musimy poznać prawdę.

Nie miałem kłopotów z trafieniem na miejsce. Selenie bez problemu udało się wypatrzyć w wizji odpowiednie miejsce i dzięki jej wskazówkom od razu tam się skierowaliśmy.

Miejsce, gdzie mieli mieszkać nowi przybysze, znajdowało się u podnóża „Świszczącej Góry”, ale z dala od tras rowerowych i głównego centrum kurortu. Co roku odwiedzały to miejsce tysiące turystów, gdzie mieli do wyboru różnego rodzaju atrakcje, a my dawców krwi dla pobliskiego ambulatorium. Oni jednak wybrali dom z dala od tłumów, na uboczu, pośrodku gęstego lasu. Prowadziła do niego kręta i gęsto zalesiona ścieżka, ale nasz samochód poradził sobie z nią bez problemowo.

Przed domem stał już czarny Mercedes – taki sam, jaki Selena widziała w swojej wizji. Prawie nigdy się nie myliła co do tego, co ma się wydarzyć. Teraz mieliśmy pewność, ze są już na miejscu. Skierowałem swój wzrok na drzwi wejściowe i od razu dostrzegłem stojącego przed nimi mężczyznę. Znajdował się przy schodach i patrzył w naszą stronę. Dziwiło mnie jego zachowanie, ale miałem wrażenie, że wiedział o naszym przybyciu i czekał tylko na nas.

Zatrzymałem samochód tuż za jego. Spojrzałem na moich towarzyszy, na moje dzieci.

– Jest sam – powiedział Mattias zdziwionym głosem.

– Jak to sam? – To było przecież niemożliwe.

Wiedziałem, że Selena w swojej wizji widziała dwie postacie, jego i jeszcze jakąś dziewczynę. Prawie nigdy się nie myli, a tak naprawdę to się jeszcze nigdy nie pomyliła, i teraz zdecydowanie nie wiedziałem, co się dzieje, czego należy się spodziewać. Wysiadłem powoli. Reszta rodziny zrobiła to samo i po chwili stanąłem już naprzeciwko mężczyzny.

Był to wysoki mężczyzna o brązowych włosach i prawie brązowych tęczówkach, przez które przebijała delikatnie czerwień. Zupełnie jak nasze, czyli także żywił się krwią zwierząt i od dawców. Na jego twarzy panował błogi spokój, jednak w mojej duszy zapanował lekki niepokój. Coś było nie tak.

– Witaj, Noah – przemówił przyjaźnie i wyciągnął do mnie rękę. – Nazywam się Peter.

Uścisnąłem dłoń. Jego uścisk był pewny i silny. Moja ręka jednak lekko drżała i czułem się niepewnie w jego towarzystwie.

– Witaj. To moja rodzina.

– Wiem – wtrącił nie dając mi ich przedstawić. – Mattias, Selena i Kellan. Brakuje jeszcze dwójki. Cudownie, że witacie nowych mieszkańców. Szkoda, że brakuje pozostałych.

Uśmiechał się. Ja zapadłem w chwilę otępienia. On nas znał. Wszystkich. Popatrzyłem na resztę. Oni również byli w szoku i patrzyli tak jak ja – szeroko otwartymi oczami na tego nieznanego nam mężczyznę.

– Znasz nas?

– Miałem okazję słyszeć o was dość sporo – powiedział, a z jego twarzy nie znikał uśmiech.

– Jesteś sam?

– Widocznie wasza kochana wizjonerka, Selena, miała swoją wizję i wiedziała, co się wydarzy. Zobaczyła mnie w jakimś towarzystwie i to zapewne młodej kobiety. – Sięgnął ręką i wyciągnął z kieszeni kopertę. – Przeczytaj, ale tylko ty, Noah.

Niepewnie chwyciłem list do ręki, gdyż nie byłem pewny zawartości. Popatrzyłem na napis widniejący na wierzchu. Od razu rzucił mi się w oczy. Pismo było delikatne i czytelnie napisane czarnym atramentem, było też w nim coś znajomego.

Wiem, że Mattias będzie śledził twój umysł. Nie może jednak wiedzieć o tym, co jest w środku. Dlatego na czas czytania Peter obejmie cię swoją mocą.”

Spojrzałem na niego zszokowany. Co to miało wszystko znaczyć? Co się dzieje i kim oni są?

– Czytaj – rzekł spokojnie. – Przecież i tak macie przewagę. – Wskazał na członków mojego klanu.

Z ciężkim sercem wyciągnąłem kartki i pogrążyłem się w lekturze.


Drogi Noahu,

Nie wiem, czy w ogóle mnie pamiętasz, ale ja na pewno ciebie. Nazywam się Catherine i jestem jedną z najbardziej zaufanych osób Dimitriego, który, jak wiesz, mieszka wraz ze swoją ogromną świtą w Londynie. Poznałeś już mojego wspólnika, Peter to mój oddany i zaufany przyjaciel. Nie jest tam sam. Przyjechała z nim Nico, moja podopieczna.

Czas jednak przestać owijać w bawełnę, a przejść do konkretów, czyli celu, w jakim tam jest.

Pamiętasz zapewne starą legendę o czerwonowłosym dziecku, które miało przyjść na świat i wypełnić przepowiednię. Dimitri odnalazł je równo siedemnaście lat temu. Mnie dał za zadanie sprowadzić ją do Londynu i wyznaczył do wychowania jej. Niestety teraz muszę ją chronić przed nim i jego następcą Ianem. Proszę cię o jedno, pomóż mi. Ona jest niezwykła. Nie wiemy, co dokładnie wydarzy się w noc Zaduszną, czyli dokładnie za kilka dni, kilkadziesiąt godzin. Kończy w tym dniu siedemnaście lat. Nie możemy pozwolić, by dostała się w łapy Dimitriego. On chce ją wykorzystać do swoich niecnych planów, a to jak dobrze mi wiadomo, nie skończy się dobrze ani dla nas, ani dla nikogo innego. Wszyscy będziemy zagrożeni.

Musiałam pozostać na miejscu, jestem dalej przy nim. Ufa mi, a dzięki tarczy nie wie, że jej pomogłam i to ja ją wywiozłam. Wkrótce dołączę do nich, do was, ale muszę odciągnąć ich jak najdalej od Nico. Ona jest teraz najważniejsza i jej trzeba strzec na każdym kroku. Analizować każdy ruch i gest. Kocham ją jak swoją córkę i nic tego nie zmieni.

Pójdź do niej i porozmawiaj chociaż chwilę. Jest inna. Nie wyczujesz jej, bo nie jest ani zwykłym człowiekiem, ani wampirem. Ona jest wyjątkowa i jeśli ją zobaczysz, przekonasz się, że nie kłamię.

Pomóż jej i mi. To moja prośba. Nie mów nikomu o tym, kim jest. To musi pozostać w sekrecie. Spal list i chroń myśli przed Mattiasem. Znam wszystkie wasze zdolności i dlatego proszę o pomoc, ale oni dowiedzą się w swoim czasie.

Catherine

P.S.

Na czas pobytu Nico przyjmie imię Ver, od Veronica, i proszę, tak się do niej zwracaj.”


Skończyłem czytać i patrzyłem teraz na list trzymany w moich dłoniach z pełnym niedowierzaniem. Oczywiście słyszałem o przepowiedni, ale nikt nigdy nie przypuszczał, aby była ona prawdziwa. Czyżby jednak legenda okazała się prawdziwa? Jeśli tak, to stałem się jedną z nielicznych osób, która wreszcie poznała prawdę.

Chwyciłem zapalniczkę, którą na wszelki wypadek miałem w kieszeni, i podpaliłem przesyłkę. Miałem pewność, że postępuję tak, jak należy. Poznałem Catherine i należała do wampirów, którym się ufa bezwarunkowo, która nie okłamałaby w ważnej sprawie. Reszta patrzyła na mnie z wyczekiwaniem i nie wiedziała, co robić, jak się zachować. Ja już wiedziałem, czego chcę. Musiałem ją poznać i sprawdzić to, o czym mówi list. Jeśli to prawda, to wszystko się zmieni.

– Gdzie? – spytałem Petera.

Dobrze wiedział, o co mi chodzi. Tylko on teraz mógł wskazać, gdzie ona się znajduje i żebym mógł pójść do niej. Sam na pewno nie potrafiłbym jej wykryć. Nie czułem jej zapachu, nie odczuwałem jej obecności w tym miejscu. Nikt nie wiedział, że ona tu jest.

– Na prawo – powiedział spokojnie. – Ja tu zostanę z nimi.

Skierowałem się do drzwi znajdujących się za jego plecami i zobaczyłem, że męska część rodziny chce iść ze mną. Selena patrzyła natomiast zdezorientowana na mnie i na Petera. Nie wiedzieli, co się dzieje, gdyż Mattias nie słyszał naszych myśli i nie rozumieli tego wszystkiego. On nie mógł nikomu nic przekazać. Również do mnie próbował przemówić mentalnie, ale nie mógł przebić ochrony Petera. Patrzył szeroko otwartymi oczami i wiedziałem, że chcą iść ze mną.

– Zostańcie. Nic mi nie będzie – powiedziałem i pewnym krokiem wszedłem do środka.


Nico

Długo siedziałam na kanapie i ciągle nie wiedziałam, o co w tym wszystkim chodzi, i dlaczego nie mogę być z nim na zewnątrz. Czy coś mu grozi? Żadne dźwięki nie dobiegały do mnie, więc domyśliłam się, że rozmawiali na zewnątrz.

Miałam dziwne uczucie, że wszystko będzie dobrze i jakoś się to ułoży. Teraz mogłam jedynie czekać na bieg wydarzeń i decyzji, którą podejmie tamten klanu. Nie wiadomo było, co mogli postanowić i co im powiedział Peter. Czy już znają prawdę o mnie? Wiedzą, kim jestem?

Nagle drzwi do pokoju, w którym siedziałam, otworzyły się na oścież. Przestraszyłam się i odruchowo wstałam, przesuwając się w sam róg pokoju. Przylgnęłam do ściany z wyrazem przerażenia na twarzy. Zaskoczyło mnie to wszystko.

Przede mną stanął wysoki mężczyzna o niepowtarzalnej urodzie. Miał lśniące, krótko przystrzyżone czarne włosy i brązowawe oczy. Był wampirem, co do tego nie miałam wątpliwości, ale patrzył na mnie inaczej, z pewną życzliwością. W jego spojrzeniu było coś takiego, co natychmiast mnie uspokoiło i rozluźniłam swoje mięśnie. Mogłam znów oddychać, odsunęłam się lekko od ściany, czekając na jego słowa.

– Nico? – Chciał się upewnić.

Kiwnęłam odruchowo głową. Nie miałam ochoty powiedzieć nic więcej, choć powinnam. Stałam jednak jak posąg.

– Powinnaś mieć czerwone włosy. – Zaczął mi się bacznie przyglądać.

Wiedział, czyli Peter opowiedział mu moją historię i wie, kim naprawdę jestem. Nie musiałam przed nim dłużej ukrywać swej tożsamości. Szybkim ruchem ściągnęłam perukę i prawdziwe kosmyki moich włosów opadły na ramiona. Czerwone pasma wreszcie zostały uwolnione spod tego co je ukrywało. Patrzył na mnie z niedowierzaniem, ale też i zachwytem.

– To prawda. Legenda się spełniła – mruknął do siebie i po chwili uśmiechnął. – Nigdy nie myślałem, że tego doczekamy.

Odwzajemniłam delikatnie uśmiech. Nie wiem, czemu, ale wyglądał na godnego zaufania. Miał w sobie coś niesamowitego i przyjaznego. Miał także inne spojrzenie na, to co działo się wokół niego. Przy nim można się było poczuć bezpiecznie i pewnie, przynajmniej ja się tak przy nim czułam. Nie brzydził się mnie, nie przestraszył ani nie zaatakował. Przyglądał się jednak mi badawczo, analizując moje ciało, włosy i zachowanie.

– Pomożemy ci na tyle, ile możemy sobie pozwolić, choć nie wiem jeszcze jak – powiedział, podszedł do mnie powoli i mocno przytulił. Nie opierałam się i odwzajemniłam uścisk. – To wszystko prawda. Jesteś inna od nas. Nie pachniesz jak człowiek ani też wampir. W ogóle nie czuję od ciebie jakiegokolwiek zapachu. Dziwne.

Spojrzał z zaciekawieniem. Poczułam się w tym momencie jak eksponat w muzeum.

– Muszę coś wymyślić, aby cię nie zdradzić przed resztą.

Czułam, jakby był dla mnie kimś więcej. W jego głosie i zachowaniu nie wyczuwałam nic znanego mi wcześniej. Biło od niego ciepło i troska, jakbym miała przed sobą Catherine. Miałam przed sobą kolejną osobę, która miała się mną opiekować i dbać o moje bezpieczeństwo, a mi nie pozostawało nic innego, jak mu zaufać.

Nie zadawał już żadnych zbędnych pytań. Odwrócił się i poszedł w kierunku drzwi. Podczas ich otwierania, zerknął raz jeszcze na mnie.

– Do zobaczenia. Uważaj na siebie, maleńka.

Uśmiechnęłam się i założyłam ponownie moje brązowe sztuczne włosy. Nie miałam na to najmniejszej ochoty, ale nie było innego wyjścia. Musiałam słuchać moich opiekunów i ukrywać to, kim jestem, przed resztą tego świata.


Mattias

Co też tam się działo? Czemu nie pozwolił mi iść razem z sobą?

Od początku wszystko było jakieś dziwne i każdy z nas o tym wiedział, ale to co się wydarzyło, zadziwiło nas jeszcze bardziej. Gdy wysiedliśmy z samochodu i podeszliśmy do tego całego wampira, który jak się później okazało, nazywał się Peter, chciałem wejść do jego umysłu, ale miał na sobie dziwną barierę. Patrzył z pełną ufnością i nie bał się, wydawało się, jakby znał nas od zawsze. Wiedział, kim jesteśmy, co potrafimy i gdzie mieszkamy. Musiał także wiedzieć, dlaczego tutaj przyjechaliśmy. Nie udzielił nam jednak zbyt dużo informacji. Próbowałem przebić się przez jego umysł, ale blokada skutecznie go broniła, co wcześniej nigdy mi się nie zdarzyło. Podał Noahowi kopertę. W tym momencie, tak bardzo chciałem wiedzieć, co w niej jest. Ku mojej irytacji, umysł lekarza również otoczył mgłą, barierą.

Wiedziałem, że reszta chciała wyjaśnień i liczyła na to, że ja im udzielę jakichkolwiek informacji, ale nie miałem im nic do powiedzenia. Nic nie wiedziałem i czułem się z tego powodu dziwnie, niepotrzebnie. Miałem ochotę wyrwać ten list z łap ojca i poznać prawdę, ale to byłoby nieodpowiedzialne. Nie pozostawało nam nic prócz czekania na bieg wydarzeń.

Po chwili Noah oderwał wzrok od kartki i od razu skierował go w stronę Petera. W jego oczach można było zobaczyć szok, ekscytację, niedowierzanie i pewien błysk. Wszystkie te uczucia mieszały się ze sobą.

Gdy zapytał: „Gdzie?” i uzyskał odpowiedź, chciałem pójść z nim tak samo jak mój brat. Powstrzymał jednak zarówno mnie jak i Kellana.

Ciekawość zżerała mnie od środka coraz bardziej. Tak bardzo pragnąłem poznać tę przeklętą tajemnicę, która teraz była między tą dwójką. Czyżby chodziło o tą dziewczynę z wizji? Przecież jej tu nie było, nie mogła tu być.

Czułem się taki bezsilny. Nie mogłem nic zrobić.

– Dokąd on idzie? – Usłyszałem głos zaniepokojonej Seleny.

Wzruszyłem ramionami.

– Nie wiem.

– Seleno, nie bój się. Nic mu nie grozi – odezwał się do niego Peter.

Delikatny uśmiech pojawił się na jego twarzy. Zdecydowanie był zbyt pewny siebie i tego, co robi.

– Kim ty jesteś? – zapytałem go.

– Dowiesz się wszystkiego, kiedy nadejdzie właściwy moment – odpowiedział.

Zdawało mi się, że nieobecność Noaha trwa wieczność. Nie słyszałem go, nie czułem. Spojrzałem na Selenę, ale ona także wydawała się zagubiona. Nie miała przez ten cza żadnej wizji. Tak jak ja czuła się teraz zupełnie bezużyteczna.

Wreszcie wyszedł, ale nadal nie mogłem odczytać jego myśli. Ciągle blokowała mnie siła ochrony jaką narzucił na niego nieznajomy.

– Pomożemy ci. Obiecuję, że na dzień dzisiejszy nic im szczególnego nie powiem, ale przyrzekam, że będziemy jej pilnować – powiedział spokojnie, a my gapiliśmy się na nich oszołomieni.

O czym, o kim on gada? Ona tam jest? Czemu jej nie czuję i nie słyszę? W głowie kłębiło mi się mnóstwo pytań, które pozostawały bez odpowiedzi.

Co to wszystko miało niby znaczyć? Mieliśmy pilnować kogoś, kogo nie widzieliśmy na oczy?

Peter pewnie uścisnął mu rękę.

– Dziękuję. Sam im powiem w odpowiednim czasie.

– Dobrze – Noah pokiwał głową. – Będzie zamknięta cały czas w domu?

– Nie. Jutro idzie do tej samej szkoły, co twoje dzieciaki. To ona będzie tą nową uczennicą, o której huczy ostatnio w miasteczku. Musimy stwarzać jakieś pozory, ale cały czas będę w pobliżu niej – oznajmił Peter. – Muszę mieć ją na oku.

Nie wytrzymałem tego napięcia. Czułem się jak piąte koło u wozu, jakbym nie istniał. Przez cały czas byliśmy pomijani, ale teraz miałem tego zdecydowanie dość. Musiałem wreszcie wiedzieć, o co w tym wszystkim chodzi.

– O kim rozmawiacie? Kim ona jest? Chcemy ją zobaczyć – warknąłem.

Noah podszedł do mnie i położył rękę na ramieniu. Wiedział, że moja cierpliwość jest już na krawędzi wytrzymałości. Chciał mnie choć trochę uspokoić, a to bywa trudne.

– Spokojnie, synu.

Warknąłem delikatnie, patrząc w ich oczy.

– Załatwcie to między sobą. Muszę ją przygotować na to wszystko. Poznacie ją jutro i tylko proszę o jedno, dbajcie o nią – poprosił Peter i wszedł do środka.

Nie powiedział nam już nic więcej. Uznał naszą rozmowę za ukończoną.

– Do zobaczenia – dodał Noah.

Patrzyłem z wyrzutem na ojca, mojego twórcę. Ochrona opuściła teraz jego umysł i chciałem dowiedzieć się wszystkiego. Wyczytać z niego to, co mnie obchodziło. Myśli jednak skierował na swoich pacjentów. Wiedziałem więc, że chce przede mną ukryć prawdę.

– Jedziemy – zakomunikował.


Catherine

Byłam pewna, że już dotarli na miejsce, które wspólnie z Peterem wybraliśmy. Tyle godzin minęło, odkąd ich widziałam i nie wiadomo, kiedy miałam ich znowu ujrzeć. Peter i Nico byli prawie bezpieczni. No właśnie, prawie.

Mieli tam jedno zadanie do wykonania i miałam tylko nadzieję, że Noah zdecydował się im pomóc. Chciałabym, aby uwierzył w to, co mu napisałam i poznał moją małą księżniczkę, a wtedy pokocha ją tak jak my. Ona potrzebowała jego i pozostałych członków klanu. Dzięki nim ochrona jej nie stanowi problemu. Ich zdolności i siła wystarczą w zapewnieniu jej bezpieczeństwa.

Ja musiałam teraz zadbać o całą resztę. Skupić się na tym, by odciągnąć Dimitriego i Iana jak najdalej od niej i Petera. Nie mogą się niczego domyśleć, niczego podejrzewać. Muszę uważać na każdy swój ruch, gest i na każde słowo wypowiedziane przeze mnie. Mam jednak teraz nad nimi przewagę, ale i tak pozostało mi niewiele czasu.

– Coś nowego? – pytał co chwilę Dimitri.

Przez cały czas nie dawał mi spokoju. Ciągle chciał wiedzieć, co się dzieje i czy nie natrafiliśmy na jakiś ślad. Na szczęście podczas swojej nieobecności, Peter zdołał przygotować wszystko i pozostawiać w niektórych miejscach fałszywe ślady. Droga do celu wiodła przez wiele państw i miast, tak aby jak najtrudniej było ją odnaleźć.

– Właśnie wysłałam ludzi do Hiszpanii. Ktoś widział ją na lotnisku i zauważył, że wsiadła na pokład samolotu do Madrytu. – Krótka historyjka musi mu wystarczyć.

Patrzył na mnie wściekle. Wiedziałam, że to może go zdenerwować.

Przez te kilkanaście lat nie wolno nam było wspominać o miejscu narodzin i pochodzenia Veronicki. Musieliśmy taić przed nią prawdę. Podróż do Hiszpanii wywoła u niego nie lada panikę.

– Kto jej powiedział?

– Ja na pewno nie. Obiecałam, a ja zawsze dotrzymuję danego ci słowa – powiedziałam spokojnie. – Wiesz, że miała sny. Może sama się domyśliła. Wie przecież, że nie jest taka jak my, więc może zechce sprawdzić wszystko.

– Czemu nie pojechałaś z nimi?

– Chcę być na miejscu, gdyby się okazało, że jednak wróciła.

Tak naprawdę chciałam go mieć na oku. Nigdy nie wiadomo, co mu odbije. Może odgadnie, kto stoi za tym wszystkim. Wtedy wolę być w pobliżu. Musiałam ich pilnować, jego i Iana.

Ian. On jeden nigdy nie był ufny i to on stanowił w tym momencie najpoważniejsze zagrożenie. Ulubieniec Dimitriego mógł sobie pozwolić na wszystko i mieć każdą kobietę, każdą wampirzycę dla siebie oprócz mnie, i w tym momencie, Nico. Kochanki nie zaspokajały wszystkich jego potrzeb, a między innymi ja byłam osobą, której pragnął.

Wiedziałam teraz jedno. Dałam mojej księżniczce kolejne kilka godzin.

Opublikowano Dodaj komentarz

Potępiona – rozdział 2


Nico

Kilka minut i spóźnilibyśmy się na samolot, ale jednak udało nam się i znaleźliśmy się na pokładzie. Nie zdążyłam nawet zobaczyć, dokąd odlatujemy. Wszystko było zbyt nowe, aby zatrzymać wzrok na czymkolwiek. Przepychaliśmy się szybko przez tłumy ludzi oczekujących na swoje samoloty, aż dotarliśmy do miejsca odpraw, a chwilę później zajęliśmy swoje miejsca w samolocie.

Nie wiem, ile dokładnie trwał lot, ponieważ większość czasu przespałam oparta o zagłówek siedzenia i małą poduszkę, którą dostałam od stewardessy. Muszę przyznać, że było mi dość niewygodnie z peruką, którą dała mi Catherine. Nigdy nie nosiłam takich rzeczy, ale teraz podobno musiałam pod nią ukrywać swoje czerwone włosy. Dlaczego? Nie wiem.

Przez cały czas, póki nie spałam, próbowałam nakłonić Petera, aby wyjaśnił mi całą sytuację, ale on zbywał mnie półsłówkami. Za kilka dni miałam świętować urodziny i szykowano wielką imprezę z tej okazji. Samej wydawało mi się to dziwne, bo przeważnie udawano, że mnie nie ma. Teraz miałam nagle znaleźć się w centrum uwagi. Zaproszono mnóstwo nieznanych mi osób, a wszyscy wokoło nagle zaczynali się coraz bardziej mną interesować. Jedynie Ian prawie cały czas za mną łaził, co było strasznie irytujące. Do tego ten jego uśmieszek i wtrącenia typu:

– Teraz poznasz, co to prawdziwe życie.

Albo:

– Będziemy razem szczęśliwi.

O co mu chodziło?

Wiem, że w dniu siedemnastych urodzin miałam wreszcie poznać prawdę. Dowiedzieć się wszystkiego, kim jestem, skąd pochodzę, kim są lub byli moi rodzice?

Co jednak miał na myśli mówiąc: będziemy razem szczęśliwi? Ja i on? Nigdy.

Nie pamiętam wszystkiego, co się wydarzyło przez te wszystkie lata. Moja głowa przypominała sobie tylko nieliczne sytuacje.

Moje życie ciągle kręciło się wokół tych samych osób, twarzy, tego samego miejsca. Nigdy nie opuszczałam murów posiadłości, nie pozwalano mi na to. Teraz, po raz pierwszy w swym prawie siedemnastoletnim życiu, znalazłam się poza nią – wśród normalnych ludzi i musiałam przyznać, że sama nie wiedziałam, co robić i jak się zachowywać. Czułam się dziwnie i nieswojo. Każde spojrzenie tych osób w moją stronę powodowało gęsią skórkę. Bałam się ich.

Przyzwyczajona byłam do ludzi o bladej karnacji, prawie białej, z ciemnym, czarnym lub czerwonym wzrokiem, wiecznie poważnych i przypominających mi posągi, które widywałam na zdjęciach w albumach. Patrząc na nich, każdy mógł się poczuć dziwnie i mieć kompleksy. Byli zbyt idealni, bez najmniejszej skazy. Teraz miałam wokół siebie istoty o różnych karnacjach skóry, różnych kolorach oczu, z pogodnymi wyrazami twarzy. Mający zmarszczki, blizny i malunki na ciele. Byli tacy normalni, a jednak dla mnie dziwni. Jedno jednak było pewne, byli bardziej podobni do mnie niż moi poprzedni towarzysze. Nie było w nich tej sztuczności i powagi. Nie mieli oporów w ukazywaniu swoich uczuć i emocji.

Wreszcie pilot oznajmił przez głośnik, żeby wszyscy pasażerowie zapięli pasy. Mieliśmy wylądować.

– Gdzie jesteśmy? – zapytałam niepewnie.

Nie wiedziałam, czy uzyskam nareszcie jakąkolwiek odpowiedź. Poznanie prawdy o miejscu pobytu było dla mnie istotne, chciałam w końcu wiedzieć, jak daleko znalazłam się od Catherine i pozostałych, i dokąd się udajemy. Pragnęłam wyjrzeć przez okno, ale wszędzie panowały egipskie ciemności. Nic nie mogłam zobaczyć, nawet jeśli bardzo bym się starała.

– Mexico City – powiedział spokojnie Peter i wstał ze swojego miejsca.

Poszłam za jego przykładem. Spojrzał raz jeszcze na mnie.

– Pospieszmy się. Zanim się rozjaśni, musimy być w samochodzie – dodał.

Szliśmy szybkim krokiem przez lotnisko. Musiałam się pilnować, aby go nie zgubić. Był dużo wyższy ode mnie, dlatego też kroki, które stawiał, były dłuższe i ciężko było za nim nadążyć. Dodatkowym problemem był tłok, trzeba było się przepychać pomiędzy ludźmi. Tłum był niemiłosierny. Co chwilę o kogoś zahaczałam albo wpadałam, przez co narażona byłam na gniewne spojrzenia i wyzwiska kierowane pod moim adresem po hiszpańsku.

Po dłuższej chwili wydostaliśmy się wreszcie na zewnątrz. Peter bez słowa szedł dalej, oglądając się tylko, czy jestem w pobliżu. Pilnowałam się go i przez to prawie biegłam za nim. Skierowaliśmy się w stronę parkingu, gdzie stało kilkanaście samochodów. On jednak szedł pewnie, bez zastanowienia się nawet przez chwilę czy też ogarnięcia wzrokiem okolicy w celu przeszukania określonego auta, w kierunku czarnego BMW z przyciemnianymi szybami, stojącego z samego skraju. Samochód był przygotowany do podróży i najwidoczniej Peter sam go tu zostawił.

– Usiądź i zapnij pasy – powiedział i otworzył przede mną drzwi.

Posłusznie zajęłam miejsce pasażera i przypięłam się. On natomiast już po kilku sekundach zasiadł na fotelu kierowcy i od razu odpalił silnik. Nie powiedział ani jednego słowa, a ja miałam już tak wiele pytań.

– Dokąd teraz? – spytałam w końcu, nie mogąc już wytrzymać krępującej ciszy.

– Do Monterrey – oznajmił spokojnie i ruszył. – Pojedziemy okrężną drogą, więc zajmie to nam cały dzień. Nie musimy się teraz tak spieszyć jak wcześniej, ale chcę już opuścić to miasto.

Wyjrzałam przez okno i zobaczyłam wschodzące zza horyzontu słońce. Promienie jednak nie przechodziły do wnętrza pojazdu, przyciemniane szyby skutecznie chroniły nas przed jego blaskiem. Mieliśmy ten dzień spędzić w samochodzie.

Gdy opuściliśmy miasto, Peter poruszył się i sięgnął po coś do kieszeni płaszcza. Po chwili wyciągnął z niej kopertę, którą mi podał.

– Catherine kazała ci to przekazać. Teraz jest odpowiednia chwila, abyś się zapoznała z wszystkim, co jest w środku. Dowiesz się z niego, o co chodzi. Częściowo przedstawiła ci w nim całą sytuację. Resztę postaram się wyjaśnić ci później. O nic się nie martw.

Zachłannie chwyciłam list i nie wahając się ani sekundy, otworzyłam go. Tak bardzo pragnęłam zobaczyć, co w nim się znajduje i czego się dowiem. Kiedy wyciągałam kartki, z wnętrza koperty wypadło na moje kolana coś ciężkiego i błyszczącego. Wzięłam to do ręki i przyjrzałam się. Mogłam wreszcie określić, co to było, a był to srebrny medalion ze starannie wykonaną różą, gdzie każdy płatek miał idealny kształt, na delikatnym i cienkim łańcuszku. Był on dość ciężki i po wyglądzie wydawał się naprawdę stary. Miał jednak to coś, że moje oczy zabłyszczały, gdy go ujrzałam. Wydawał się tak znajomy.

– Jakie piękne – wymamrotałam do siebie, oglądając go ze wszystkich stron i zachwycając.

Co mogłam więcej powiedzieć na tak niezwykłą, ale prostą rzecz?

Peter uśmiechnął się.

– Musiała ci to wreszcie dać.


Peter

Minęło kilkanaście godzin, odkąd wylecieliśmy z Anglii i udaliśmy się na inny kontynent, gdzie zdani byliśmy tylko na siebie i na los.

Musieliśmy tak postąpić. Ja i Catherine nie mogliśmy dopuścić do połączenia naszej księżniczki z tym łajdakiem, Ianem. Ona była czysta, bez skazy, on nie bał się zanurzyć rąk we krwi. Ta jakby połączyć anioła z diabłem. Nie mogliśmy pozwolić, aby i ona stała się potworem, szatanem.

Nie twierdzę, że i ja jestem święty, ale przez ostatnie miesiące, lata zmieniłem się. Zrozumiałem, że życie, które do tej pory toczyłem, nie miało sensu. Dostrzegłem wreszcie niewielkie światełko w tunelu i pojąłem, że nie muszę żyć tak jak wszyscy, nie muszę pić ludzkiej krwi i zabijać, aby przetrwać. Podzieliłem się wtedy tą wiedzą z Catherine i ona powiedziała mi o rodzinie żywiącej się zwierzęcą krwią i dodatkowo, raz na jakiś czas, krwią dawców ze szpitali.

Odkryliśmy w ten sposób także możliwość ocalenia Nico. Mogliśmy sprawić, aby nie czuła się nigdy potworem, aby nigdy nie zakosztowała ludzkiej krwi. Może żywić się inaczej i zmienić oblicze wampira, aby nigdy nie musiała zabijać.

Przez miesiąc przygotowywałem wszystko na to, co się stanie. Wraz z Catherine mogliśmy bez przeszkód chronić istotę, dla której nasze istnienie nabrało sensu. Nikt inny nie miał prawa, nie miał możliwości dowiedzieć się o tym, co planujemy. Nie, gdy nasze zdolności się połączyły.

Ona posiadała jedną z najmocniejszych tarczy, która skutecznie broniła przed wniknięciem w jej umysł i nikt nie mógł odczytać naszych planów. Zaś moja zdolność ukrywania się i zacierania śladów mogła sprawić, że zniknąłem z Nico i nikt nie wiedział, dokąd się udaliśmy, a tropienie nas również nie miało sensu.

Teraz trzeba było tylko uważać.

Kilkanaście godzin lotu i przesiadka. Kontynuowanie podróży i sprawienie, aby w razie czego nadać fałszywe ślady, tropy.

Nico zamęczała mnie ciągle swoimi pytaniami, ale wiedziałem, że nie mogę jej niczego zdradzić. Wszystkiego musiała się dowiedzieć w swoim czasie, a na pewno dogodnym miejscem nie był samolot wypełniony po brzegi zwykłymi pasażerami.

Dopiero ruszając samochodem w stronę Monterrey, mogłem pozwolić sobie na przekazanie jej wiadomości od Catherine. To ona zdecydowała się tak przekazać jej te wiadomości, gdyż w kilku słowach, zdaniach mogła poinformować ją o wszystkim. Ja miałem tylko dane informacje w odpowiednim czasie uzupełnić. Nie zdziwił mnie także widok medalionu, który wypadł na kolana Nico.

Wiem, że kilkanaście lat temu, tuż po pożarze, osobiście wyszukała go w zgliszczach hacjendy. Chciała, żeby mała miała jakąś pamiątkę, coś po swojej matce, ale nigdy jej jego nie pokazała. Po pierwsze: bała się Dimitriego. Po drugie: uznała, że jeszcze za wcześnie na oddanie jej tego medalionu. Teraz mogła sobie wreszcie na to pozwolić.

Patrzyłem na Nico, jak z zachwytem oglądała medalion z każdej strony. Na jej twarzy malowało się szczęście, co i mnie wprawiło w dobry humor. Wreszcie wiedziała o sobie coś więcej i jej życie miało przestać obracać się wokół sieci kłamstw.

Pozna prawdę.


Nico

Popatrzyłam na kartki, które teraz leżały przede mną. Medalion powiesiłam na swojej szyi, a do rąk chwyciłam list.


„Droga Nico, a raczej Veronico Mario Elizabeth Sanchez de Moncada,

Tak, to Twoje pełne imię i nazwisko. Twoja matka, Maria Julia Sanchez de Moncada, zmarła podczas porodu siedemnaście lat temu, natomiast Twój ojciec zginął w pożarze hacjendy, który miał miejsce miesiąc później. Ja wyciągnęłam Cię wtedy z niej na rozkaz Dimitriego, gdyż jemu od początku swego istnienia służę. Ten medalion, który teraz trzymasz w dłoniach, należał kiedyś do Twojej matki. Była piękną kobietą, tak samo jak ty, i na pewno by pragnęła, abyś go nosiła. Przynajmniej to Ci pozostało po niej, ta mała rzecz.

Czas jednak na wyjaśnienia. Musisz poznać prawdę, bo ona jest drogą do celu i poznania, kim naprawdę jesteś.

Zapewne dziwiło Cię wielokrotnie nasze dziwne zachowanie. Jak już zdążyłaś zauważyć, my nie jesteśmy podobni do Ciebie. Jesteśmy wyjątkowi, nieśmiertelni. Wszystkie osoby, które dotąd Cię otaczały i spędzały z Tobą czas, są wampirami. Peter wyjaśni Ci później wszystko dokładnie. Dowiesz się od niego, kim dokładnie jesteśmy, co potrafimy i jak żyjemy.

Musimy Ci jednak przede wszystkim wyjaśnić, dlaczego jesteś taka ważna. Dlaczego Cię wywozimy i chcemy ukryć przed Dimitrim i Ianem. Czego oni chcą od Ciebie.

Z Twoją historią wiąże się pewna legenda przekazywana z ust do ust od kilkuset lat. Fragment jej brzmi:

Gdy nadejdzie dzień Zaduszny, na świat przyjdzie potępione dziecko o czerwonych jak krew włosach. Po siedemnastu latach stanie się nieśmiertelną. Posiądzie najpotężniejszą siłę, moc i zdolności.”

Nikt nie wie, jak brzmi dalsza część przepowiedni, oraz czy w ogóle istnieje dalsza część. Od wieków wszyscy zastanawiali się, kiedy jednak to nastąpi. Dimitri dowiedział się o Tobie, kilka minut po Twych narodzinach. Wiedział, że chodzi o Ciebie. Rozkazał mi zabrać Cię stamtąd. Miałaś w ten sposób dać mu siłę i potęgę, której tak bardzo pragnął.

Dowiedziałam się o jego planach przypadkiem wraz z Peterem. Wiem, jaka jesteś, w końcu sama Cię wychowałam i wiem, czego ci potrzeba. Nie powinnaś cierpieć. Dimitri marzy, żebyś została żoną Iana i wraz z nim stała u jego boku, abyś była podobna do nich i tak samo okrutna. Nie chcemy i nie możemy do tego dopuścić. Pragniemy, abyś była sobą i nigdy nie stanęła po stronie zła, żebyś nigdy nie stała się potworem, którym sama nie chcesz być.

Dlatego Peter wywiezie Cię daleko, za ocean. Ma dar. Potrafi ukryć siebie, osoby i miejsca, które wyznaczy, przed oczami osób niepożądanych. Oznacza to, że nie wyczują Cię i nie wytropią. Nie dowiedzą się o Waszym położeniu, dopóki ktoś tego nie zdradzi. Postaram się utrzymać ich z dala od Was, przynajmniej do dnia Twoich urodzin, abyś do tego czasu była bezpieczna. Nie wiem, co się wtedy wydarzy, ale Peter będzie cały czas przy Tobie i zadba o wszystko.

Znaleźliśmy idealne schronienie. Będziecie mogli w miarę normalnie funkcjonować i nie zwracać na siebie większej uwagi. Jeśli mi się uda, dołączę do Was jak najszybciej. Bądź silna. Wierzę, że dasz sobie radę.

Kocham Cię, Księżniczko.

Całuję,

Catherine

P.S

Nie ujawniaj się tamtym. Peter wie, o kogo chodzi.


Przez cały czas nie zdawałam sobie sprawy, że czytałam z otwartymi na oścież ustami. Patrzyłam na kartkę z niedowierzaniem, a głowa była pełna wszelakich pytań.

Jak to możliwe? Wampiry? Nieśmiertelni? Legenda? Nie, to nieprawda. To jakiś głupi sen.

Uszczypnęłam się kilka razy, aby obudzić się z tego dziwnego snu. Nie pomogło. Ciągle ściskałam w dłoniach tę kartkę i ciągle siedziałam w aucie obok Petera, który teraz bacznie mi się przyglądał. Analizował każdy mój ruch i gest.

– Spokojnie, Nico – powiedział Peter i uśmiechnął się. – My nie chcemy i nie pozwolimy, byś stała się potworem jak Ian i Dimitri. Dlatego cię wywozimy i wszystkiego nauczymy, będziesz panować nad sobą i swoimi zdolnościami. Dzięki temu nie będziesz musiała słuchać tamtych i staniesz się niezależna.

Patrzyłam na niego z jeszcze większym niedowierzaniem. Wreszcie to do mnie docierało. To wszystko, co się działo przez siedemnaście lat, było jak iluzja. Całe życie było kłamstwem, czymś niezwykłym, a zarazem przerażającym. Chroniono mnie przed światem zewnętrznym, abym była im posłuszna. Nie poznała innych ludzi, wampirów. Musiałam liczyć się z ich zdaniem. Teraz miałam okazję zaznać nowego życia, wolności. Przynajmniej przez te kilka dni.

– Dokąd jedziemy? Co Catherine miała na myśli pisząc „nie ujawniaj się tamtym”? – skoro już tyle wiedziałam, to chciałam teraz już poznać resztę.

– Teraz jedziemy do Monterrey jednak tylko na lotnisko. Tam wsiadamy się do samolotu i lecimy wprost do Nowego Jorku, a stamtąd samochodem do małej miejscowości w Kanadzie – odrzekł. – Spodoba ci się tam. Cisza i spokój.

Mówił bardzo spokojnie i pewnie. Widać, że wraz z moją opiekunką bardzo dobrze przygotowali się do misji i mieli ustalony każdy szczegół. Ufam mu i jej, ponieważ wiem, że chcą dla mnie jak najlepiej i kochają mnie tak samo jak ja ich. Spojrzałam jeszcze raz na kartkę i moją uwagę przykuła ostatnia linijka. Wciąż nie odpowiedział do końca na moje pytanie.

– A co z tamtymi?

– Mieszka tam pewien klan i to nawet sporej wielkości. Razem jest ich w sumie sześcioro. Wszyscy są wampirami tak jak ja i tak jak wkrótce być może ty. Przynajmniej tak nam się wydaje, że będziesz także wampirem, choć nie jesteśmy tego pewni do końca. Mają oni inne zasady niż Dimitri. Główną różnicą jest to, że nie żywią się krwią ludzką w ten sposób co Dimitri, lecz zwierzęcą lub też korzystają z banku krwi, gdzie zdobywają potrzebną ilość. Unikają w ten sposób zabijania niewinnych ludzi. To właśnie dzięki temu, że poznałem sposób ich żywienia, udało mi się również przejść na podobną dietę i powstrzymywać się od zabijania. Uznaliśmy więc, że to najlepsze miejsce na ukrycie cię, bo Catherine dość dobrze ich zna. Kiedyś spotkała się już z przywódcą ich klanu. Mam przekazać Noahowi list od niej. Może nam pomogą, ale nie możemy im wszystkiego powiedzieć.

Mówiąc to, patrzył mi prosto w oczy. Nie przejmował się tym, by spoglądać na jezdnię, ale ani razu nie zboczył z drogi. Prowadził bardzo pewnie, a jego jazda była płynna i szybka.

– Kim jest Noah? – spytałam zaciekawiona.

Zamyślił się, jakby nie wiedząc, co może powiedzieć.

– On jest… hmm… – Zastanowił się chwilę. – On jest głową tamtego klanu ich przywódcą. Jest jednym z pierwszych, który zrezygnował prawie całkowicie z krwi ludzkiej. To bardzo dobry i miły człowiek. Pozostała piątka to dla niego dzieci. On wygląda na około czterdzieści lat, ale reszta na nastolatków, więc idealnie udaje im się wtopić w środowisko. On gra samotnego ojca czwórki dzieciaków.

Westchnęłam. Tak mało jeszcze wiedziałam o swoim życiu, o przeszłości, teraźniejszości i przyszłości. Teraz miałam jednak spędzać czas z nieznanymi mi osobami, wampirami.

– Buzia na kłódkę – powiedziałam poważnie.

Na potwierdzenie swoich słów udałam, że zamykam buzię kluczykiem. Na ten widok Peter nie mógł się powstrzymać i parsknął śmiechem.

– Wszystko będzie dobrze. Boimy się jedynie twoich urodzin, bo nie wiemy, co się stanie. Potem będzie lepiej. Nie będziemy się już musieli o nic martwić.

Przyjrzałam się medalionowi i zamknęłam oczy. Trzymając go w dłoniach, wyobraziłam sobie siebie i moją matkę stojącą tuż obok.

– Veronica Maria Elizabeth Sanchez de Moncada – wyszeptałam.

Z chwili zadumy wyrwał mnie jednak głos mojego tymczasowego opiekuna.

– Pięknie się nazywasz, ale teraz będziesz tylko Ver, czyli Veronica Martin. Normalna amerykańska nastolatka – zadecydował Peter. – Ja będę oficjalnie twoim ojcem, żeby nikt nie zadawał zbędnych pytań, a Catherine twoją matką, która została zakończyć pozostałe sprawy w Toronto. To stamtąd przyjechaliśmy jakby co.

– Czyli mam ci mówić: tato? – spytałam z uśmiechem na ustach.

– Przy innych tak będzie najlepiej, ale jak będziemy sami możesz już mówić, jak chcesz.

– Dobrze, tatku. – Roześmiałam się, wymawiając ostatnie słowo.

Nie byłam przerażona wizją bycia wampirem, byłam wręcz nadzwyczaj szczęśliwa. Wreszcie poznałam prawdę o tym, kim jestem i o swoim przeznaczeniu. Znałam część prawdy, ale mogłam wreszcie powiedzieć, kim naprawdę jestem. Choć nikt do końca nie wiedział, co się dokładnie stanie w dniu moich siedemnastych urodzin, ja wiedziałam, że to będzie bardzo ważne dla mnie.

Nie muszę się ich bać. Przez te wszystkie lata mieszkałam pod jednym dachem z kilkoma, kilkunastoma wampirami i nikt mi nie zrobił krzywdy. Żaden z nich nie rzucił się na mnie, by pozbawić mnie mojej krwi, a zaspokoić swoje pragnienie.

Teraz miałam się stać taka jak oni. Może nie całkiem taka sama, ale przynajmniej podobna.

Brakowało mi w tym momencie jedynie Catherine, nigdy nie rozstawałyśmy się ze sobą na dłużej niż kilka lub kilkanaście godzin. W tym momencie minęło już kilkanaście godzin od momentu, gdy żegnałyśmy się na lotnisku, a do naszego następnego spotkania miało dojść za kilka dni. Tak bardzo potrzebowałam jej teraz. Czuć jej słodki zapach i chłód jej ciała. Znów usłyszeć jej głos, kołysankę nuconą do snu i ramiona obejmujące mnie. Wiem jednak, że tak musi być. Zobaczymy się przecież jeszcze.

Nie wiem sama, kiedy zasnęłam i ile spałam. Czas tak szybko leciał, a mnie ogarniało coraz większe znużenie. W pewnym momencie po prostu ziewnęłam i już po chwili moja głowa opadła na bok, a oczy spowiła mgiełka. Czułam się tak bezpiecznie.

Był zmierzch, gdy Peter mnie obudził. Słońce skrywało się już za horyzontem. Musiałam opuścić bezpieczne miejsce w samochodzie i pójść z nim do terminalu. Znów mieliśmy lecieć samolotem. Zakończyć podróż przez słoneczny Meksyk i ruszyć wprost do Nowego Jorku, a stamtąd w dalszą drogę.


Catherine

Pobiegli przez lotnisko i tyle ich widziałam. Nie mogłam dłużej czekać i patrzeć, jak znikają w przestworzach, ale wrócić z powrotem.

Od kiedy podsłuchałam tamtego dnia plan Dimitriego i Iana wiedziałam już, że muszę coś zrobić.

Na szczęście miałam Petera, mojego jedynego przyjaciela. Z jego pomocą mogłam przygotować plan wywiezienia Nico poza Londyn. Ukryć ją w bezpiecznym miejscu z dala od nich.

Teraz najważniejsze było jej dobro. To, aby miała przy sobie kogoś bliskiego mogącego ją poprowadzić w tym ważnym momencie jej życia. Na razie musi jej wystarczyć Peter, ja dołączę do tej dwójki wkrótce.

Tam gdzie się teraz udają, jest jeszcze ktoś, kto pomoże nam ją chronić przed osobami chcącymi ją wykorzystać do swych niecnych celów. Będzie bezpieczna.

Noah był moją nadzieją i podporą w tej trudnej chwili. On i jego klan był jednym z nielicznych, który wyróżniał się wśród nas. Jest jedyną osobą, która może mi teraz pomóc i której mogę zaufać. Nie jest taki jak wszystkie pozostałe wampiry, gdyż żywi się krwią zwierząt lub zdobytą z banków krwi, tak samo jego towarzysze. To on może sprawić, że i ona nie będzie czuła się potworem. Nie będzie piła ludzkiej krwi i zabijać, nie będzie miała wyrzutów sumienia.

Ruszyłam w drogę powrotną do posiadłości z obawą przed tym, co mogło mnie tam czekać. Wyjechałam dzień wcześniej niby na polowanie, a wróciłam w nocy i zabrałam Nico.

Czy odkryli już moją tajemnicę? Czy wiedza, że zdradziłam i to ja wykradłam Nico?

Gdy tylko wjechałam i podjechałam pod drzwi wejściowe, doskoczyła do mnie dwójka dobrze mi znanych wampirów: Chloe i Victor.

– Czekają na ciebie – powiedział mężczyzna.

– Stało się coś? – spytałam, udając, że nic nie wiem.

Nie odpowiedzieli mi, ale z ich min wywnioskowałam, że nie domyślili się, kto za tym wszystkim stoi.

Wiedziałam, że Dimitri będzie teraz wściekły. Miałam jednak nad nim pewną przewagę. Jestem jedną z nielicznych albo nawet jedyną osobą, w której nie potrafił odczytać myśli ani nimi sterować. Byłam świetnym tropicielem, obdarzonym tarczą. Nikt nie miał wstępu do mojego umysłu. Dlatego przez wszystkie zgromadzone w tym miejscu wampiry byłam traktowana z należytym szacunkiem. Do pojawienia się Iana byłam prawą ręką Dimitrego i nikt nie sprzeciwiał się mi, byłam jego największym pupilkiem. Teraz mój dar był dla mnie zbawieniem i ochroną.

– Gdzie się podziewałaś? – spytał wściekle, patrząc na mnie, gdy tylko weszłam do głównej komnaty. – Nico zniknęła.

Wiedziałam, co mam robić. Od jakiegoś czasu szykowałam się na ten moment.

Zaczęłam patrzeć przerażona i wrzeszczeć na wszystkich wokół, pytając, gdzie Nico, gdzie moja kochana dziewczynka, księżniczka. Udawałam wściekłość, złość, smutek i żal do nich, że jej nie upilnowali, że nie potrafili jej upilnować przez tak krótki czas.

Wiedziałam, że mi uwierzą. Byłam świetną aktorką. Lata praktyki zrobiły swoje. Każdy gest i ruch był przemyślany tak, aby nikt nie domyślił się, że to wszystko bujda.

– Masz ją znaleźć – rozkazał mi Dimitri.

– Wiesz, że to prawie niemożliwe – odpowiedziałam. – Ona jest inna.

Fakt był jeden. Nico nie była zwykłą dziewczynką, nie była też przecież wampirem, ale miała to coś w sobie. Nie była wyczuwalna dla nikogo, nie nosiła ze sobą żadnego charakterystycznego zapachu, po którym można byłoby się udać. Nikt nie mógł jej wyczuć i wytropić jeśli sama, by tego nie zechciała. Jedynie ja mogłabym ją odnaleźć. Znałam ją wystarczająco długo, tyle czasu z nią spędzałam, że potrafiłabym ją odnaleźć w tłumie i wyczuć ją, gdyż jako jedyna tak naprawdę rozpoznawałam jej zapach. Dimitri bardzo dobrze o tym wiedział.

– Wiem, ale to ty jesteś wyczulona na nią najbardziej. Musimy ją odnaleźć przed jej urodzinami.

Patrzyłam to na Dimitriego, to na Iana. Wiedziałam, jak bardzo jej pragną. A raczej tego, co może im dać. Data urodzin zbliżała się nieubłaganie i nikt nie wiedział, co się stanie, ale chcieli ją mieć tutaj, na miejscu.

– Zrobię wszystko, co w mojej mocy.

– Ufam ci.