Nico
Kilka minut i spóźnilibyśmy się na samolot, ale jednak udało nam się i znaleźliśmy się na pokładzie. Nie zdążyłam nawet zobaczyć, dokąd odlatujemy. Wszystko było zbyt nowe, aby zatrzymać wzrok na czymkolwiek. Przepychaliśmy się szybko przez tłumy ludzi oczekujących na swoje samoloty, aż dotarliśmy do miejsca odpraw, a chwilę później zajęliśmy swoje miejsca w samolocie.
Nie wiem, ile dokładnie trwał lot, ponieważ większość czasu przespałam oparta o zagłówek siedzenia i małą poduszkę, którą dostałam od stewardessy. Muszę przyznać, że było mi dość niewygodnie z peruką, którą dała mi Catherine. Nigdy nie nosiłam takich rzeczy, ale teraz podobno musiałam pod nią ukrywać swoje czerwone włosy. Dlaczego? Nie wiem.
Przez cały czas, póki nie spałam, próbowałam nakłonić Petera, aby wyjaśnił mi całą sytuację, ale on zbywał mnie półsłówkami. Za kilka dni miałam świętować urodziny i szykowano wielką imprezę z tej okazji. Samej wydawało mi się to dziwne, bo przeważnie udawano, że mnie nie ma. Teraz miałam nagle znaleźć się w centrum uwagi. Zaproszono mnóstwo nieznanych mi osób, a wszyscy wokoło nagle zaczynali się coraz bardziej mną interesować. Jedynie Ian prawie cały czas za mną łaził, co było strasznie irytujące. Do tego ten jego uśmieszek i wtrącenia typu:
– Teraz poznasz, co to prawdziwe życie.
Albo:
– Będziemy razem szczęśliwi.
O co mu chodziło?
Wiem, że w dniu siedemnastych urodzin miałam wreszcie poznać prawdę. Dowiedzieć się wszystkiego, kim jestem, skąd pochodzę, kim są lub byli moi rodzice?
Co jednak miał na myśli mówiąc: będziemy razem szczęśliwi? Ja i on? Nigdy.
Nie pamiętam wszystkiego, co się wydarzyło przez te wszystkie lata. Moja głowa przypominała sobie tylko nieliczne sytuacje.
Moje życie ciągle kręciło się wokół tych samych osób, twarzy, tego samego miejsca. Nigdy nie opuszczałam murów posiadłości, nie pozwalano mi na to. Teraz, po raz pierwszy w swym prawie siedemnastoletnim życiu, znalazłam się poza nią – wśród normalnych ludzi i musiałam przyznać, że sama nie wiedziałam, co robić i jak się zachowywać. Czułam się dziwnie i nieswojo. Każde spojrzenie tych osób w moją stronę powodowało gęsią skórkę. Bałam się ich.
Przyzwyczajona byłam do ludzi o bladej karnacji, prawie białej, z ciemnym, czarnym lub czerwonym wzrokiem, wiecznie poważnych i przypominających mi posągi, które widywałam na zdjęciach w albumach. Patrząc na nich, każdy mógł się poczuć dziwnie i mieć kompleksy. Byli zbyt idealni, bez najmniejszej skazy. Teraz miałam wokół siebie istoty o różnych karnacjach skóry, różnych kolorach oczu, z pogodnymi wyrazami twarzy. Mający zmarszczki, blizny i malunki na ciele. Byli tacy normalni, a jednak dla mnie dziwni. Jedno jednak było pewne, byli bardziej podobni do mnie niż moi poprzedni towarzysze. Nie było w nich tej sztuczności i powagi. Nie mieli oporów w ukazywaniu swoich uczuć i emocji.
Wreszcie pilot oznajmił przez głośnik, żeby wszyscy pasażerowie zapięli pasy. Mieliśmy wylądować.
– Gdzie jesteśmy? – zapytałam niepewnie.
Nie wiedziałam, czy uzyskam nareszcie jakąkolwiek odpowiedź. Poznanie prawdy o miejscu pobytu było dla mnie istotne, chciałam w końcu wiedzieć, jak daleko znalazłam się od Catherine i pozostałych, i dokąd się udajemy. Pragnęłam wyjrzeć przez okno, ale wszędzie panowały egipskie ciemności. Nic nie mogłam zobaczyć, nawet jeśli bardzo bym się starała.
– Mexico City – powiedział spokojnie Peter i wstał ze swojego miejsca.
Poszłam za jego przykładem. Spojrzał raz jeszcze na mnie.
– Pospieszmy się. Zanim się rozjaśni, musimy być w samochodzie – dodał.
Szliśmy szybkim krokiem przez lotnisko. Musiałam się pilnować, aby go nie zgubić. Był dużo wyższy ode mnie, dlatego też kroki, które stawiał, były dłuższe i ciężko było za nim nadążyć. Dodatkowym problemem był tłok, trzeba było się przepychać pomiędzy ludźmi. Tłum był niemiłosierny. Co chwilę o kogoś zahaczałam albo wpadałam, przez co narażona byłam na gniewne spojrzenia i wyzwiska kierowane pod moim adresem po hiszpańsku.
Po dłuższej chwili wydostaliśmy się wreszcie na zewnątrz. Peter bez słowa szedł dalej, oglądając się tylko, czy jestem w pobliżu. Pilnowałam się go i przez to prawie biegłam za nim. Skierowaliśmy się w stronę parkingu, gdzie stało kilkanaście samochodów. On jednak szedł pewnie, bez zastanowienia się nawet przez chwilę czy też ogarnięcia wzrokiem okolicy w celu przeszukania określonego auta, w kierunku czarnego BMW z przyciemnianymi szybami, stojącego z samego skraju. Samochód był przygotowany do podróży i najwidoczniej Peter sam go tu zostawił.
– Usiądź i zapnij pasy – powiedział i otworzył przede mną drzwi.
Posłusznie zajęłam miejsce pasażera i przypięłam się. On natomiast już po kilku sekundach zasiadł na fotelu kierowcy i od razu odpalił silnik. Nie powiedział ani jednego słowa, a ja miałam już tak wiele pytań.
– Dokąd teraz? – spytałam w końcu, nie mogąc już wytrzymać krępującej ciszy.
– Do Monterrey – oznajmił spokojnie i ruszył. – Pojedziemy okrężną drogą, więc zajmie to nam cały dzień. Nie musimy się teraz tak spieszyć jak wcześniej, ale chcę już opuścić to miasto.
Wyjrzałam przez okno i zobaczyłam wschodzące zza horyzontu słońce. Promienie jednak nie przechodziły do wnętrza pojazdu, przyciemniane szyby skutecznie chroniły nas przed jego blaskiem. Mieliśmy ten dzień spędzić w samochodzie.
Gdy opuściliśmy miasto, Peter poruszył się i sięgnął po coś do kieszeni płaszcza. Po chwili wyciągnął z niej kopertę, którą mi podał.
– Catherine kazała ci to przekazać. Teraz jest odpowiednia chwila, abyś się zapoznała z wszystkim, co jest w środku. Dowiesz się z niego, o co chodzi. Częściowo przedstawiła ci w nim całą sytuację. Resztę postaram się wyjaśnić ci później. O nic się nie martw.
Zachłannie chwyciłam list i nie wahając się ani sekundy, otworzyłam go. Tak bardzo pragnęłam zobaczyć, co w nim się znajduje i czego się dowiem. Kiedy wyciągałam kartki, z wnętrza koperty wypadło na moje kolana coś ciężkiego i błyszczącego. Wzięłam to do ręki i przyjrzałam się. Mogłam wreszcie określić, co to było, a był to srebrny medalion ze starannie wykonaną różą, gdzie każdy płatek miał idealny kształt, na delikatnym i cienkim łańcuszku. Był on dość ciężki i po wyglądzie wydawał się naprawdę stary. Miał jednak to coś, że moje oczy zabłyszczały, gdy go ujrzałam. Wydawał się tak znajomy.
– Jakie piękne – wymamrotałam do siebie, oglądając go ze wszystkich stron i zachwycając.
Co mogłam więcej powiedzieć na tak niezwykłą, ale prostą rzecz?
Peter uśmiechnął się.
– Musiała ci to wreszcie dać.
Peter
Minęło kilkanaście godzin, odkąd wylecieliśmy z Anglii i udaliśmy się na inny kontynent, gdzie zdani byliśmy tylko na siebie i na los.
Musieliśmy tak postąpić. Ja i Catherine nie mogliśmy dopuścić do połączenia naszej księżniczki z tym łajdakiem, Ianem. Ona była czysta, bez skazy, on nie bał się zanurzyć rąk we krwi. Ta jakby połączyć anioła z diabłem. Nie mogliśmy pozwolić, aby i ona stała się potworem, szatanem.
Nie twierdzę, że i ja jestem święty, ale przez ostatnie miesiące, lata zmieniłem się. Zrozumiałem, że życie, które do tej pory toczyłem, nie miało sensu. Dostrzegłem wreszcie niewielkie światełko w tunelu i pojąłem, że nie muszę żyć tak jak wszyscy, nie muszę pić ludzkiej krwi i zabijać, aby przetrwać. Podzieliłem się wtedy tą wiedzą z Catherine i ona powiedziała mi o rodzinie żywiącej się zwierzęcą krwią i dodatkowo, raz na jakiś czas, krwią dawców ze szpitali.
Odkryliśmy w ten sposób także możliwość ocalenia Nico. Mogliśmy sprawić, aby nie czuła się nigdy potworem, aby nigdy nie zakosztowała ludzkiej krwi. Może żywić się inaczej i zmienić oblicze wampira, aby nigdy nie musiała zabijać.
Przez miesiąc przygotowywałem wszystko na to, co się stanie. Wraz z Catherine mogliśmy bez przeszkód chronić istotę, dla której nasze istnienie nabrało sensu. Nikt inny nie miał prawa, nie miał możliwości dowiedzieć się o tym, co planujemy. Nie, gdy nasze zdolności się połączyły.
Ona posiadała jedną z najmocniejszych tarczy, która skutecznie broniła przed wniknięciem w jej umysł i nikt nie mógł odczytać naszych planów. Zaś moja zdolność ukrywania się i zacierania śladów mogła sprawić, że zniknąłem z Nico i nikt nie wiedział, dokąd się udaliśmy, a tropienie nas również nie miało sensu.
Teraz trzeba było tylko uważać.
Kilkanaście godzin lotu i przesiadka. Kontynuowanie podróży i sprawienie, aby w razie czego nadać fałszywe ślady, tropy.
Nico zamęczała mnie ciągle swoimi pytaniami, ale wiedziałem, że nie mogę jej niczego zdradzić. Wszystkiego musiała się dowiedzieć w swoim czasie, a na pewno dogodnym miejscem nie był samolot wypełniony po brzegi zwykłymi pasażerami.
Dopiero ruszając samochodem w stronę Monterrey, mogłem pozwolić sobie na przekazanie jej wiadomości od Catherine. To ona zdecydowała się tak przekazać jej te wiadomości, gdyż w kilku słowach, zdaniach mogła poinformować ją o wszystkim. Ja miałem tylko dane informacje w odpowiednim czasie uzupełnić. Nie zdziwił mnie także widok medalionu, który wypadł na kolana Nico.
Wiem, że kilkanaście lat temu, tuż po pożarze, osobiście wyszukała go w zgliszczach hacjendy. Chciała, żeby mała miała jakąś pamiątkę, coś po swojej matce, ale nigdy jej jego nie pokazała. Po pierwsze: bała się Dimitriego. Po drugie: uznała, że jeszcze za wcześnie na oddanie jej tego medalionu. Teraz mogła sobie wreszcie na to pozwolić.
Patrzyłem na Nico, jak z zachwytem oglądała medalion z każdej strony. Na jej twarzy malowało się szczęście, co i mnie wprawiło w dobry humor. Wreszcie wiedziała o sobie coś więcej i jej życie miało przestać obracać się wokół sieci kłamstw.
Pozna prawdę.
Nico
Popatrzyłam na kartki, które teraz leżały przede mną. Medalion powiesiłam na swojej szyi, a do rąk chwyciłam list.
„Droga Nico, a raczej Veronico Mario Elizabeth Sanchez de Moncada,
Tak, to Twoje pełne imię i nazwisko. Twoja matka, Maria Julia Sanchez de Moncada, zmarła podczas porodu siedemnaście lat temu, natomiast Twój ojciec zginął w pożarze hacjendy, który miał miejsce miesiąc później. Ja wyciągnęłam Cię wtedy z niej na rozkaz Dimitriego, gdyż jemu od początku swego istnienia służę. Ten medalion, który teraz trzymasz w dłoniach, należał kiedyś do Twojej matki. Była piękną kobietą, tak samo jak ty, i na pewno by pragnęła, abyś go nosiła. Przynajmniej to Ci pozostało po niej, ta mała rzecz.
Czas jednak na wyjaśnienia. Musisz poznać prawdę, bo ona jest drogą do celu i poznania, kim naprawdę jesteś.
Zapewne dziwiło Cię wielokrotnie nasze dziwne zachowanie. Jak już zdążyłaś zauważyć, my nie jesteśmy podobni do Ciebie. Jesteśmy wyjątkowi, nieśmiertelni. Wszystkie osoby, które dotąd Cię otaczały i spędzały z Tobą czas, są wampirami. Peter wyjaśni Ci później wszystko dokładnie. Dowiesz się od niego, kim dokładnie jesteśmy, co potrafimy i jak żyjemy.
Musimy Ci jednak przede wszystkim wyjaśnić, dlaczego jesteś taka ważna. Dlaczego Cię wywozimy i chcemy ukryć przed Dimitrim i Ianem. Czego oni chcą od Ciebie.
Z Twoją historią wiąże się pewna legenda przekazywana z ust do ust od kilkuset lat. Fragment jej brzmi:
„Gdy nadejdzie dzień Zaduszny, na świat przyjdzie potępione dziecko o czerwonych jak krew włosach. Po siedemnastu latach stanie się nieśmiertelną. Posiądzie najpotężniejszą siłę, moc i zdolności.”
Nikt nie wie, jak brzmi dalsza część przepowiedni, oraz czy w ogóle istnieje dalsza część. Od wieków wszyscy zastanawiali się, kiedy jednak to nastąpi. Dimitri dowiedział się o Tobie, kilka minut po Twych narodzinach. Wiedział, że chodzi o Ciebie. Rozkazał mi zabrać Cię stamtąd. Miałaś w ten sposób dać mu siłę i potęgę, której tak bardzo pragnął.
Dowiedziałam się o jego planach przypadkiem wraz z Peterem. Wiem, jaka jesteś, w końcu sama Cię wychowałam i wiem, czego ci potrzeba. Nie powinnaś cierpieć. Dimitri marzy, żebyś została żoną Iana i wraz z nim stała u jego boku, abyś była podobna do nich i tak samo okrutna. Nie chcemy i nie możemy do tego dopuścić. Pragniemy, abyś była sobą i nigdy nie stanęła po stronie zła, żebyś nigdy nie stała się potworem, którym sama nie chcesz być.
Dlatego Peter wywiezie Cię daleko, za ocean. Ma dar. Potrafi ukryć siebie, osoby i miejsca, które wyznaczy, przed oczami osób niepożądanych. Oznacza to, że nie wyczują Cię i nie wytropią. Nie dowiedzą się o Waszym położeniu, dopóki ktoś tego nie zdradzi. Postaram się utrzymać ich z dala od Was, przynajmniej do dnia Twoich urodzin, abyś do tego czasu była bezpieczna. Nie wiem, co się wtedy wydarzy, ale Peter będzie cały czas przy Tobie i zadba o wszystko.
Znaleźliśmy idealne schronienie. Będziecie mogli w miarę normalnie funkcjonować i nie zwracać na siebie większej uwagi. Jeśli mi się uda, dołączę do Was jak najszybciej. Bądź silna. Wierzę, że dasz sobie radę.
Kocham Cię, Księżniczko.
Całuję,
Catherine
P.S
Nie ujawniaj się tamtym. Peter wie, o kogo chodzi.
Przez cały czas nie zdawałam sobie sprawy, że czytałam z otwartymi na oścież ustami. Patrzyłam na kartkę z niedowierzaniem, a głowa była pełna wszelakich pytań.
Jak to możliwe? Wampiry? Nieśmiertelni? Legenda? Nie, to nieprawda. To jakiś głupi sen.
Uszczypnęłam się kilka razy, aby obudzić się z tego dziwnego snu. Nie pomogło. Ciągle ściskałam w dłoniach tę kartkę i ciągle siedziałam w aucie obok Petera, który teraz bacznie mi się przyglądał. Analizował każdy mój ruch i gest.
– Spokojnie, Nico – powiedział Peter i uśmiechnął się. – My nie chcemy i nie pozwolimy, byś stała się potworem jak Ian i Dimitri. Dlatego cię wywozimy i wszystkiego nauczymy, będziesz panować nad sobą i swoimi zdolnościami. Dzięki temu nie będziesz musiała słuchać tamtych i staniesz się niezależna.
Patrzyłam na niego z jeszcze większym niedowierzaniem. Wreszcie to do mnie docierało. To wszystko, co się działo przez siedemnaście lat, było jak iluzja. Całe życie było kłamstwem, czymś niezwykłym, a zarazem przerażającym. Chroniono mnie przed światem zewnętrznym, abym była im posłuszna. Nie poznała innych ludzi, wampirów. Musiałam liczyć się z ich zdaniem. Teraz miałam okazję zaznać nowego życia, wolności. Przynajmniej przez te kilka dni.
– Dokąd jedziemy? Co Catherine miała na myśli pisząc „nie ujawniaj się tamtym”? – skoro już tyle wiedziałam, to chciałam teraz już poznać resztę.
– Teraz jedziemy do Monterrey jednak tylko na lotnisko. Tam wsiadamy się do samolotu i lecimy wprost do Nowego Jorku, a stamtąd samochodem do małej miejscowości w Kanadzie – odrzekł. – Spodoba ci się tam. Cisza i spokój.
Mówił bardzo spokojnie i pewnie. Widać, że wraz z moją opiekunką bardzo dobrze przygotowali się do misji i mieli ustalony każdy szczegół. Ufam mu i jej, ponieważ wiem, że chcą dla mnie jak najlepiej i kochają mnie tak samo jak ja ich. Spojrzałam jeszcze raz na kartkę i moją uwagę przykuła ostatnia linijka. Wciąż nie odpowiedział do końca na moje pytanie.
– A co z tamtymi?
– Mieszka tam pewien klan i to nawet sporej wielkości. Razem jest ich w sumie sześcioro. Wszyscy są wampirami tak jak ja i tak jak wkrótce być może ty. Przynajmniej tak nam się wydaje, że będziesz także wampirem, choć nie jesteśmy tego pewni do końca. Mają oni inne zasady niż Dimitri. Główną różnicą jest to, że nie żywią się krwią ludzką w ten sposób co Dimitri, lecz zwierzęcą lub też korzystają z banku krwi, gdzie zdobywają potrzebną ilość. Unikają w ten sposób zabijania niewinnych ludzi. To właśnie dzięki temu, że poznałem sposób ich żywienia, udało mi się również przejść na podobną dietę i powstrzymywać się od zabijania. Uznaliśmy więc, że to najlepsze miejsce na ukrycie cię, bo Catherine dość dobrze ich zna. Kiedyś spotkała się już z przywódcą ich klanu. Mam przekazać Noahowi list od niej. Może nam pomogą, ale nie możemy im wszystkiego powiedzieć.
Mówiąc to, patrzył mi prosto w oczy. Nie przejmował się tym, by spoglądać na jezdnię, ale ani razu nie zboczył z drogi. Prowadził bardzo pewnie, a jego jazda była płynna i szybka.
– Kim jest Noah? – spytałam zaciekawiona.
Zamyślił się, jakby nie wiedząc, co może powiedzieć.
– On jest… hmm… – Zastanowił się chwilę. – On jest głową tamtego klanu ich przywódcą. Jest jednym z pierwszych, który zrezygnował prawie całkowicie z krwi ludzkiej. To bardzo dobry i miły człowiek. Pozostała piątka to dla niego dzieci. On wygląda na około czterdzieści lat, ale reszta na nastolatków, więc idealnie udaje im się wtopić w środowisko. On gra samotnego ojca czwórki dzieciaków.
Westchnęłam. Tak mało jeszcze wiedziałam o swoim życiu, o przeszłości, teraźniejszości i przyszłości. Teraz miałam jednak spędzać czas z nieznanymi mi osobami, wampirami.
– Buzia na kłódkę – powiedziałam poważnie.
Na potwierdzenie swoich słów udałam, że zamykam buzię kluczykiem. Na ten widok Peter nie mógł się powstrzymać i parsknął śmiechem.
– Wszystko będzie dobrze. Boimy się jedynie twoich urodzin, bo nie wiemy, co się stanie. Potem będzie lepiej. Nie będziemy się już musieli o nic martwić.
Przyjrzałam się medalionowi i zamknęłam oczy. Trzymając go w dłoniach, wyobraziłam sobie siebie i moją matkę stojącą tuż obok.
– Veronica Maria Elizabeth Sanchez de Moncada – wyszeptałam.
Z chwili zadumy wyrwał mnie jednak głos mojego tymczasowego opiekuna.
– Pięknie się nazywasz, ale teraz będziesz tylko Ver, czyli Veronica Martin. Normalna amerykańska nastolatka – zadecydował Peter. – Ja będę oficjalnie twoim ojcem, żeby nikt nie zadawał zbędnych pytań, a Catherine twoją matką, która została zakończyć pozostałe sprawy w Toronto. To stamtąd przyjechaliśmy jakby co.
– Czyli mam ci mówić: tato? – spytałam z uśmiechem na ustach.
– Przy innych tak będzie najlepiej, ale jak będziemy sami możesz już mówić, jak chcesz.
– Dobrze, tatku. – Roześmiałam się, wymawiając ostatnie słowo.
Nie byłam przerażona wizją bycia wampirem, byłam wręcz nadzwyczaj szczęśliwa. Wreszcie poznałam prawdę o tym, kim jestem i o swoim przeznaczeniu. Znałam część prawdy, ale mogłam wreszcie powiedzieć, kim naprawdę jestem. Choć nikt do końca nie wiedział, co się dokładnie stanie w dniu moich siedemnastych urodzin, ja wiedziałam, że to będzie bardzo ważne dla mnie.
Nie muszę się ich bać. Przez te wszystkie lata mieszkałam pod jednym dachem z kilkoma, kilkunastoma wampirami i nikt mi nie zrobił krzywdy. Żaden z nich nie rzucił się na mnie, by pozbawić mnie mojej krwi, a zaspokoić swoje pragnienie.
Teraz miałam się stać taka jak oni. Może nie całkiem taka sama, ale przynajmniej podobna.
Brakowało mi w tym momencie jedynie Catherine, nigdy nie rozstawałyśmy się ze sobą na dłużej niż kilka lub kilkanaście godzin. W tym momencie minęło już kilkanaście godzin od momentu, gdy żegnałyśmy się na lotnisku, a do naszego następnego spotkania miało dojść za kilka dni. Tak bardzo potrzebowałam jej teraz. Czuć jej słodki zapach i chłód jej ciała. Znów usłyszeć jej głos, kołysankę nuconą do snu i ramiona obejmujące mnie. Wiem jednak, że tak musi być. Zobaczymy się przecież jeszcze.
Nie wiem sama, kiedy zasnęłam i ile spałam. Czas tak szybko leciał, a mnie ogarniało coraz większe znużenie. W pewnym momencie po prostu ziewnęłam i już po chwili moja głowa opadła na bok, a oczy spowiła mgiełka. Czułam się tak bezpiecznie.
Był zmierzch, gdy Peter mnie obudził. Słońce skrywało się już za horyzontem. Musiałam opuścić bezpieczne miejsce w samochodzie i pójść z nim do terminalu. Znów mieliśmy lecieć samolotem. Zakończyć podróż przez słoneczny Meksyk i ruszyć wprost do Nowego Jorku, a stamtąd w dalszą drogę.
Catherine
Pobiegli przez lotnisko i tyle ich widziałam. Nie mogłam dłużej czekać i patrzeć, jak znikają w przestworzach, ale wrócić z powrotem.
Od kiedy podsłuchałam tamtego dnia plan Dimitriego i Iana wiedziałam już, że muszę coś zrobić.
Na szczęście miałam Petera, mojego jedynego przyjaciela. Z jego pomocą mogłam przygotować plan wywiezienia Nico poza Londyn. Ukryć ją w bezpiecznym miejscu z dala od nich.
Teraz najważniejsze było jej dobro. To, aby miała przy sobie kogoś bliskiego mogącego ją poprowadzić w tym ważnym momencie jej życia. Na razie musi jej wystarczyć Peter, ja dołączę do tej dwójki wkrótce.
Tam gdzie się teraz udają, jest jeszcze ktoś, kto pomoże nam ją chronić przed osobami chcącymi ją wykorzystać do swych niecnych celów. Będzie bezpieczna.
Noah był moją nadzieją i podporą w tej trudnej chwili. On i jego klan był jednym z nielicznych, który wyróżniał się wśród nas. Jest jedyną osobą, która może mi teraz pomóc i której mogę zaufać. Nie jest taki jak wszystkie pozostałe wampiry, gdyż żywi się krwią zwierząt lub zdobytą z banków krwi, tak samo jego towarzysze. To on może sprawić, że i ona nie będzie czuła się potworem. Nie będzie piła ludzkiej krwi i zabijać, nie będzie miała wyrzutów sumienia.
Ruszyłam w drogę powrotną do posiadłości z obawą przed tym, co mogło mnie tam czekać. Wyjechałam dzień wcześniej niby na polowanie, a wróciłam w nocy i zabrałam Nico.
Czy odkryli już moją tajemnicę? Czy wiedza, że zdradziłam i to ja wykradłam Nico?
Gdy tylko wjechałam i podjechałam pod drzwi wejściowe, doskoczyła do mnie dwójka dobrze mi znanych wampirów: Chloe i Victor.
– Czekają na ciebie – powiedział mężczyzna.
– Stało się coś? – spytałam, udając, że nic nie wiem.
Nie odpowiedzieli mi, ale z ich min wywnioskowałam, że nie domyślili się, kto za tym wszystkim stoi.
Wiedziałam, że Dimitri będzie teraz wściekły. Miałam jednak nad nim pewną przewagę. Jestem jedną z nielicznych albo nawet jedyną osobą, w której nie potrafił odczytać myśli ani nimi sterować. Byłam świetnym tropicielem, obdarzonym tarczą. Nikt nie miał wstępu do mojego umysłu. Dlatego przez wszystkie zgromadzone w tym miejscu wampiry byłam traktowana z należytym szacunkiem. Do pojawienia się Iana byłam prawą ręką Dimitrego i nikt nie sprzeciwiał się mi, byłam jego największym pupilkiem. Teraz mój dar był dla mnie zbawieniem i ochroną.
– Gdzie się podziewałaś? – spytał wściekle, patrząc na mnie, gdy tylko weszłam do głównej komnaty. – Nico zniknęła.
Wiedziałam, co mam robić. Od jakiegoś czasu szykowałam się na ten moment.
Zaczęłam patrzeć przerażona i wrzeszczeć na wszystkich wokół, pytając, gdzie Nico, gdzie moja kochana dziewczynka, księżniczka. Udawałam wściekłość, złość, smutek i żal do nich, że jej nie upilnowali, że nie potrafili jej upilnować przez tak krótki czas.
Wiedziałam, że mi uwierzą. Byłam świetną aktorką. Lata praktyki zrobiły swoje. Każdy gest i ruch był przemyślany tak, aby nikt nie domyślił się, że to wszystko bujda.
– Masz ją znaleźć – rozkazał mi Dimitri.
– Wiesz, że to prawie niemożliwe – odpowiedziałam. – Ona jest inna.
Fakt był jeden. Nico nie była zwykłą dziewczynką, nie była też przecież wampirem, ale miała to coś w sobie. Nie była wyczuwalna dla nikogo, nie nosiła ze sobą żadnego charakterystycznego zapachu, po którym można byłoby się udać. Nikt nie mógł jej wyczuć i wytropić jeśli sama, by tego nie zechciała. Jedynie ja mogłabym ją odnaleźć. Znałam ją wystarczająco długo, tyle czasu z nią spędzałam, że potrafiłabym ją odnaleźć w tłumie i wyczuć ją, gdyż jako jedyna tak naprawdę rozpoznawałam jej zapach. Dimitri bardzo dobrze o tym wiedział.
– Wiem, ale to ty jesteś wyczulona na nią najbardziej. Musimy ją odnaleźć przed jej urodzinami.
Patrzyłam to na Dimitriego, to na Iana. Wiedziałam, jak bardzo jej pragną. A raczej tego, co może im dać. Data urodzin zbliżała się nieubłaganie i nikt nie wiedział, co się stanie, ale chcieli ją mieć tutaj, na miejscu.
– Zrobię wszystko, co w mojej mocy.
– Ufam ci.
