Opublikowano Dodaj komentarz

Rozdział 2 – Spotkanie przy szampanie

I nastał ten dzień.

Zapach białych róż. Szmer oraz stukot kryształów. Delikatna muzyka fortepianowa sącząca się z kącika sali. Stałam w cieniu kolumny, tuż przy wejściu na taras, trzymając w dłoni kieliszek szampana zastanawiając się co tutaj robię. Drżały mi tylko palce — ledwie zauważalnie. Reszta była perfekcyjna. Przynajmniej tak wyglądałam na zewnątrz. Co innego działo się w środku.

Satynowa suknia w kolorze głębokiego szmaragdu opinała moje ciało tak, jakby została uszyta specjalnie dla niego, aby kusić… kusić innych. Dekolt kończył się tuż nad linią biustu, plecy były odkryte niemal do pasa, a cienki łańcuszek z onyksową zawieszką delikatnie połyskiwał w sztucznym świetle. Na nadgarstku – prosty zegarek, nie biżuteria. Potrzebowałam tej kontroli, tej pewności siebie oraz swojego ciała.

Oczy miałam chłodne. Niebieskie jak woda w najciemniejszym punkcie jeziora. Nie widać było w nich strachu. Ani winy. Nie okazywałam emocji, nie okazywałam niepokoju. Nie po to tutaj przyszłam.

To on miał się bać.

I był tutaj. Callum Everhart stał po drugiej stronie sali, otoczony przez gości, uśmiechnięty, nonszalancki jak zawsze. Pewny siebie oraz tego jak wpływa na innych. Miał na sobie czarny garnitur, perfekcyjnie skrojony, jednak jego koszula bez krawata była rozpięta przy szyi. Nawet teraz — wśród tłumu wpływowych ludzi, pod spojrzeniem kamer i oczekiwań ojca — wyglądał, jakby był panem całej sceny.

Minęła chwila.  Obserwowałam jak skanował pewnym wzrokiem tłum wokoło przysłuchując się konwersacji obok niego.

A potem mnie zobaczył.

Spojrzenie trwało trzy sekundy. Trzy sekundy, które były zbyt długie, jak na „przypadkowy kontakt wzrokowy”.

Widziałam jak zadrżał.

Zamarł.

Oczy mu pociemniały, a kieliszek z szampanem, który podnosił właśnie do ust, zatrzymał się w połowie ruchu. Owionął moja twarz i sylwetkę wzrokiem.

— Kto to jest? — szepnęła kobieta obok niego ale na tyle, że ją usłyszało pół sali. Blada, młoda, z nazwiskiem znanym z tabloidów. Jedna z potencjalnych „kandydatek” — bo to przecież zaręczynowe przyjęcie urządzone przez jego ojca. To tutaj miał wybrać przyszłą żonę.

— Nie wiem — skłamał Callum. I spuścił wzrok. Widziałam to. 

Oczy mu ściemniały. Dłoń na kieliszku lekko zadrżała. Tak, skarbie. To ja. Ta, o której mówiłeś „ta cicha, łatwa zdobycz”. Ta, którą wykorzystałeś. Ta, której nie miałeś odwagi przeprosić. Ta, którą prawie zabiłeś — i o której zapomniałeś.

Chciałam zrobić ten krok. Zaczęłam iść w jego stronę. Powoli. Celowo. Każdy krok był rytuałem. Poruszałam biodrami, szłam pewnym krokiem. Czułam spojrzenia. Ludzie rozsuwali się jak kurtyna. Widzieli tylko efekt. Tę suknię. Te szpilki. Jestem nową kobietą, a stara Aurora nigdy nie tak by się nie zachowała.

Nikt nie widział prawdy.

Pod suknią biło serce, które znało ból. Dłoń, która tuliła dziecko, kiedy miało gorączkę. Ciało, które pamiętało jego dotyk – nie ten piękny, ale ten, który bolał jeszcze długo po tym, jak się wszystko zakończyło.

Zatrzymałam się przy stoliku z kieliszkami. Odstawiłam pusty i zabrałam tym razem jeden znajdujący się tam, gdzie bezalkoholowe. Chciałam mieć trzeźwy umysł.

Nie odwróciłam się, ale wiedziałam, że idzie. Czułam jego spojrzenie, zanim zrobił pierwszy krok. Zawsze był impulsywny. A teraz wydawał się spanikowany. Idealna mieszanka.

— Aurora?

Jego głos. Niski, zbyt cichy. Niepewny. Jakby mówił do ducha. Stał za mną.

Odwróciłam się wolno. Pozwoliłam mu zobaczyć całość. Twarz. Włosy. Ramiona. Oczy, które kiedyś były dla niego miękkie. Teraz były zimne.

— Dobrze pamiętasz — powiedziałam pewnym siebie glosem. Uśmiechnęłam się, ale nie dla niego. Dla siebie.

Bo właśnie w tym momencie wiedziałam, że gra się już zaczęła.

— Co… co ty tu robisz?

Och, biedactwo. Nie miał jeszcze pojęcia.

— Celebruję zaręczyny — odparłam gładko. — Przyszłam Ci pogratulować. Która to twoja wybranka?

Zerknął na salę, jakby szukał ucieczki. Jakby chciał, by ktoś go wyrwał z tej chwili. Ale nie było ratunku. Zniszczył mnie tamtej nocy, przez niego miałam wypadek, przez niego musiałam zniknąć – to teraz mógł się nacieszyć moją obecnością.

Zbliżyłam się o krok. Wystarczająco blisko, by poczuł mój zapach. Ciemne piżmo. Kadzidło. Ciężkie i dominujące – jak ja teraz.

— Porozmawiajmy — rzucił nagle. Nerwowo. — Na osobności.

— O czym, Callum?

Patrzył na mnie, jakby próbował cofnąć czas.

— O tym, jak mnie przeleciałeś, a potem się chwaliłeś przyjaciołom? — szepnęłam cicho. — Czy o tym, że to miała być tylko zabawa? Dalej się chwalisz, że przeleciałeś szesnastolatkę?

Zbladł. Pierwszy raz w życiu był w takiej sytuacji.

Jeszcze nie wiedział, że to dopiero pierwszy akt. Że dzisiejsza noc to wstęp do jego piekła.

— To nie… — zaczął.

— Nie? — przerwałam mu. — Więc przypomnij mi, jak było. Mam fatalną pamięć do kłamstw.

Zamilkł. Głos mu zamarł w gardle. Wpatrywał się we mnie, jakbym nie była realna. Jakby nie mógł pojąć, że wróciłam nie po to, by prosić o przeprosiny — tylko po to, by odebrać, co moje.

Zostawiłam go. Niech stoi. Niech myśli.

Jeszcze mnie nie znał. Jeszcze nie wiedział, że już nie chcę jego miłości.

Chciałam jego upadku.

Ale zanim zniknęłam mu z oczu, odwróciłam się przez ramię.

Patrzył.

Szeptem, niemal niewidocznym ruchem warg, powiedziałam tylko:

— Zabawmy się, Everhart.

I odeszłam.

Z szampanem w dłoni i ogniem w żyłach. Wiedziałam jedno:

On nie będzie mnie prowadził w tym tańcu.
Tym razem to ja trzymam nóż.