Opublikowano Dodaj komentarz

Wilcze serce – 1

Miałam pięć lat, kiedy opuściłam swój dom, miasteczko, kraj. Musiałam zapomnieć o miejscach, gdzie się urodziłam, bawiłam z ojcem, a także pozostawiłam jego grób. Wraz z matką przenosiłam się z miasta do miasta, z kraju do kraju, aż przekroczyłyśmy pasmo wody i wylądowałyśmy na obcej, kanadyjskiej ziemi, by po kilku miesiącach przejść granicę docierając do stanu Oklahoma. Osiedliłyśmy się po latach tułaczki w Grove, małej miejscowości, której sporą część mieszkańców stanowili rdzenni amerykanie.

W tym miejscu mama odnalazła swojego wuja, który wyjechał jeszcze przed moimi narodzinami i zamieszkałyśmy z nim w małym domku przy jeziorze Grand Lake. Miałam wtedy tylko czternaście lat, ale czułam się dużo starsza.

Po raz pierwszy poczułam, że mogłabym tu zostać, choć moje serce ciągnęło do gór z lat dzieciństwa. Pamiętałam tamten dzień, gdy w pośpiechu opuszczałyśmy nasz dotychczasowy dom, choć nie mogłam sobie przypomnieć dlaczego coś tak zdenerwowało moją matkę.

Przekroczyłyśmy próg domu i dopiero wtedy mogłam dostrzec załzawione oczy, choć próbowała powstrzymać się przed płaczem. Szybko podbiegła do telefonu i wykręciła tylko sobie znany numer. Powiedziała:

– Przyjeżdżam jeszcze dzisiaj!

Zaprowadziła mnie do mojego pokoju, kazała spakować do małej torby rzeczy, które są dla mnie najważniejsze. Sama do większej zaczęła pakować ubrania.

Nie wahałam się, na dno wrzuciłam wisiorek, który dziwnym trafem wciąż trzymałam w dłoni, zdjęcia taty z szafeczki przy moim łóżku, kilka książeczek z małego regału i dwie zabawki. Prócz tego małą skrzyneczkę, którą dostałam od ojca, a którą obiecałam, że otworzę na kolejne urodziny. Małego wilczka położyłam na wierzchu. W tym czasie mama wybiegła do swojego pokoju.

Rozległo się głośne pukanie, ale nie podeszła do drzwi. Już wcześniej ostrzegali mnie rodzice, żebym nie otwierała drzwi, więc tylko obserwowałam. Pukanie powtórzyło się. Usłyszałam ten mocny, sprawiający, że się trzęsłam ze strachu, głos:

– Otwórz drzwi, Anno! Jestem twoim Alfą!

Mama przybiegła do mnie, pociągnęła do swojego pokoju i schowała w szafie nakazując być cicho, a następnie wybiegła. Siedziałam skulona słuchając krzyków, z których nic nie rozumiałam.

Po prostu czekałam.

Kilka godzin później siedziałam na tylnym siedzeniu w foteliku, a mama kierowała się w pierwsze miejsce naszej podróży po świecie.

Nigdy mi nie wytłumaczyła dlaczego musiałyśmy wyjechać i dlaczego nigdy nie wróciłyśmy do dobrze mi znanego domu. Wolałam się nie dopytywać.

Czternaste urodziny spędziłam już w Grave i czułam, że tu zostaniemy. Minęły trzy lata, a ja wiedziałam, że wraz z matką zostałyśmy przygarnięte do lokalnej sfory 'Grave’.

Tak, jestem wilkiem. Wilkiem, zmiennokształtnym, choć ludzie mówią na nas wilkołaki. Zostałam o tym poinformowana w wieku dziesięciu lat, abym zrozumiała, że jak osiągnę odpowiedni wiek przy pierwszej pełni zmienię się w wilka. Odbyło się to tuż przed naszym przyjazdem do tej części Ameryki i mama postanowiła, że musimy zamieszkać z inną sforą, abym mogła przyzwyczaić się do tego, co mnie czeka.

Kochałam życie w samotności, tylko z nią, ale sfora zmieniła wszystko. Miałam przyjaciół, znajomych, szkołę. Nie musiałam nikogo okłamywać kim i jaka jestem. Po prostu byłam sobą.

Co jakiś czas biegaliśmy razem po lasach w wilczych formach, wybieraliśmy się grupą do Tulsy, ale zawsze ktoś przy mnie był. Wyróżniałam się wśród nich, byłam rudawym wilkiem o niebieskich oczach, dość zwinna i sprytna z wilczycą o imieniu Gazel. Zgodnie z przypuszczeniem mamy, przybyła do mnie gdy skończyłam piętnaście lat i nastała pierwsza pełnia.

Teraz miałam siedemnaście lat, grono przyjaciół i wielbicieli. Jednak samce z naszej sfory coraz częściej spoglądały na mnie i inne niesparowane dziewczyny, próbowali adorować, pragnąć, abyśmy wybrali ich na partnerów. Ja jednak skądś wiedziałam, że żaden z nich nie jest tym jedynym.

Alfa powtarzał nam wielokrotnie, że nie mamy nic robić na siłę, a także nikt nie może nas zmuszać do nawiązania więzi:

– Wasze serce wybierze tego właściwego czy tą właściwą, on czy ona będą wiedzieli, że są wam przeznaczeni.


Wylądowałem na lotnisku JFK w Nowym Jorku. Po latach poszukiwań wreszcie miałem pewny, obrany kurs, gdzie musiałem się skierować, aby odnaleźć ukochaną.

Dwanaście lat. Tyle minęło czasu od naszego spotkania, ale wciąż miałem przed oczami pyzatą buzię, niebieskie oczy i ciemno rude włosy. Szukałem jej od dnia, w którym ojciec powiedział mi, że zniknęły. Sam próbował ich odnaleźć, bo prawnie należały do jego sfory, ale po jakimś czasie zaprzestał, gdy z Hiszpanii przyleciały dokumenty, z których wynikało, że miejscowy Alfa przejął nad nimi pieczę. Od tego czasu nie było o nich wieści, ale ja nie przestałem o niej myśleć.

Gdy tylko skończyłem osiemnaście lat, osiągnięciu pozycji młodego alfy, spakowałem się i udałem ich śladami. Tym samym złamałem więź ze swoim stadem, zasmuciłem ojca i resztę stada.

Byłem młodym Alfą na wygnaniu, ale miałem swoją mała sforę, Betę Michała 'Mike’, jego siostrę Julię oraz przyjaciela Tomka 'Tom’. Nie chcieli mnie opuścić, więc przyłączyli się do mnie po opuszczeniu sfory ojca w Węgierskiej Górce i udaniu się do Hiszpanii w celu zbadania tropów, które posiadaliśmy.

Przez cztery lata przemierzałem Europę wędrując po śladach, które pozostawiały, ale wciąż nie potrafiłem odnaleźć. W pewnym momencie wszystko znikło, jakby zapadły się pod ziemię. Osiadłem blisko Parku naturalnego del Monstseny kilkadziesiąt kilometrów na północ od Barcelony, jednak wciąż odwiedzaliśmy inne sfory sprawdzając czy ich tam nie ma, ale bez skutku.

W końcu przyjaźnie się opłaciły. Kilka dni temu dostałem maila od znajomego Omegi zza oceanu, który prócz krótkiego listu przesłał mi zdjęcia z zebrania Alf w Oklahomie. Nie były to tylko zdjęcia przywódców, ale także takie zrobione w czasie zabawy członków tamtejszego stada.

Serce zabiło mi mocniej gdy dostrzegłem rudowłosą piękność o niebieskich oczach przy ognisku. Znikła pyzata buzia, wyglądała doroślej, a krągłości pojawiły się tam gdzie trzeba.

Była piękna, a ja cicho warknąłem zdając sobie sprawę ilu kusi samców. – To ona!

Jeszcze tego samego dnia sprawdziłem stan kont, zarezerwowałem samolot do Nowego Jorku i zamówiłem samochód, którym mieliśmy się udać do Tulsy. Miałem nadzieję, że ona wciąż tam jest.

– Jesteś pewny, że to ona? – Spytała Julia, kiedy pakowaliśmy swoje rzeczy do samochodu by udać się na lotnisko.

– Prawie, na dziewięćdziesiąt procent, – odpowiedziałem szczerze.

Od jakiegoś czasu myślałem o tym, że przeniosły się na inny kontynent. Przez swoje podróże poznałem większość sfor i miałem wielu przyjaciół, ale tutaj nie było po nich śladu.

– Jedziemy do Oklahomy i się przekonamy.

Stanąłem wyprostowany górując nad moją małą sforą.

– Marysiu… przybywam!

Opublikowano Jeden komentarz

Wilcze serce – Prolog


Góry i lasy otaczały małą, malowniczą miejscowość w południowej części kraju. Idealne miejsce na letni wypoczynek, czy też spokojne życie. Węgierska Górka przyciąga swoim urokiem, ciszą, a pojedynczy turyści mogli cieszyć się wakacyjnym ciepłem, które skąpało tą okolicę. Zupełnie inaczej niż jakby trafiło się w pełne turystów, zgiełku i hałasu Tatry, tu można było wypocząć od zgiełku dnia codziennego. Świat wydawał się całkowicie normalny.

Miała tylko pięć lat, dwa sterczące kucyki i pyzatą buzię okraszoną kilkoma piegami, kiedy stała przed sklepem czekając na mamę robiącą w środku zakupy. W ręce trzymała pluszowego wilczka, którego dostała od ojca tuż przed jego niespodziewaną oraz zagadkową śmiercią. Od tamtego czasu, od dnia wypadku wciąż miała go przy sobie wierząc, że dzięki temu będzie on przy niej blisko.

Obserwowała kolorową wystawę pełną owoców i warzyw w sklepie, jednym z szeregowego pasażu wzdłuż głównej ulicy, nie zdając sobie sprawy, że sama jest obserwowana. Cieszyła się chwilą.

Codziennie wraz z przyjaciółmi wędrował ulicami miasteczka, a wieczorem biegał po lesie ćwicząc ze swoimi rodzicami. Wiedzieli kim są, kim będą jak osiągną odpowiedni wiek. Tworzyli pewnego rodzaju elitę, grupę, do której nie dopuszczali zwykłych ludzi, chyba że ktoś pasował w jakiś sposób do nich. Mieszkali tu od zawsze i nic nie miało tego jak na razie zmienić.

Miał dziesięć lat. Krótkie czarne włosy i ciemne oczy, a do tego opaloną na brąz skórę. Nie wyglądał na chłopaka w swoim wieku. Był wyższy, bardziej wysportowany i pewny swoich ruchów niż jego rówieśnicy, szczególnie przyjezdni. Wiedział także, że nawet starsze dziewczyny oglądają się za nim w szkole. Nie zwracał na nie uwagi, znał prawo i musiał czekać, aż znajdzie swoją partnerkę, z którą w dorosłym życiu się połączy. Miał też pewność, że może to się zdarzyć równie dobrze za kilka lat jak i kilkadziesiąt. Nie wiedział czego oczekiwać.

Śmiał się i wygłupiał wymachując małym jojo, które dostał na urodziny miesiąc wcześniej. Już nauczył się kilku trików, więc mógł się popisywać przed innymi. Zamachnął się wyrzucając je w powietrze i obserwując ruch zanim wróci do jego dłoni. Nagle jednak zamarł. Trwało to sekundę, ale wystarczyło, aby po raz pierwszy nie udało mu się wykonać pełnego triku.

Mrugnął kilka razy, a kula wisiała na małej lince przy jego nodze. Ktoś machnął mu przed oczami, ale on nie zwracał na to uwagi. Wpatrywał się w małą postać stojącą niedaleko i wyłączył się na otaczający go świat.

Skierował się w jej stronę. Powiew wiatru doprowadził do jego wrażliwego nosa zapach dochodzący od niej i miał pewność, że to właśnie ona. Od zawsze węch był częścią ich natury.

Usłyszała go, kiedy się zbliżał i obróciła w jego stronę. Uśmiechnęła się lekko cofając, gdy on stanął tuż przed nią. Górował nad nią i powinna była się go bać, ale czuła się po prostu… dziwnie.

– Cześć słoneczko! – Powiedział z małą ekscytacją w głosie.

– Cześć, – odpowiedziała cicho opuszczając przy tym spojrzenie na dłonie trzymające misia, kiedy wzrastała w niej nieśmiałość.

– Jak masz na imię? – Spytał próbując być grzecznym. Bał się ją przestraszyć. Nie usłyszał odpowiedzi więc sam się przedstawił: – Jestem Adam.

– Marysia, – odpowiedziała wciąż na niego nie patrząc.

Chciał ją zabrać ze sobą na spacer, bawić się i opiekować dopóki nie dorośnie. Czuł, że jest taka jak oni, choć nie miał z nią wcześniej styczności oraz nie widział na zgromadzeniach stada. Pragnął ją poznać i zaprowadzić do ojca, aby pokazać mu, że znalazł swoją drugą połówkę, przyszłą partnerkę. Miał pewność, że to właśnie ona.

Sięgnął za szyję i ściągnął wisiorek, który nosił. Cienki rzemyk, na którego środku znajdował się rzeźbiony wilk. Cząstka jego, którą chciał jej podarować. Dotknął małej dłoni.

– Mam coś dla ciebie, – szepnął kładąc w jej dłoń wilka i uśmiechając się.

Odwzajemniła go i miała już coś powiedzieć, podziękować, kiedy drzwi sklepu otworzyły się.

Wysoka brązowowłosa kobieta wyszła rozpromieniona, ale gdy tylko spojrzała na chłopca wyraz twarzy zmienił się ze szczęśliwego w gniew.

– Odsuń się od mojej córki, – powiedziała łapiąc małą dziewczynkę ściskającą w pięści wisiorek z dala od młodego chłopaka. – Nie zbliżaj się do niej! – rozkazała.

– Ale proszę pani… – chciał coś dodać na swoje usprawiedliwienie, ale ona go powstrzymała.

Nie wiedział, jak się zachować, co się stało. Po prostu chciał być blisko Marysi, którą dopiero co odnalazł, a to było silniejsze niż wszystko inne. Miał już pewność, że są tacy sami, bo nie raz już widział tą kobietę siedzącą z tyłu, przygarbioną i smutną.

Teraz wydawała się być nastawiona wojowniczo. Niczym nie przypominała tamtej osoby na zgromadzeniach stada. Wpatrywała się w niego gniewnie. Mógł wyczuć złość budującą się w niej.

– Nigdy. Nie. Zbliżaj. Się. Do. Niej! Nigdy! – Słowa wymawiała powoli o donośnie.

Obróciła się i szybko ruszyła w stronę czerwonego samochodu. Mała dziewczynka, Marysia, spoglądała na niego przez jej ramię nie rozumiejąc co się dzieje, a z rączki zwisał rzemyk.