Lot do Londynu był dla mnie dość długi. Nie w wymiarze godzin, ale ciężaru wspomnień, które zaczęły osiadać na mojej klatce piersiowej. Wszystko zaczęło się, gdy ledwie samolot oderwał się od ziemi. Gdy stewardesa zamknęła luk nad moją głową, a ja zapięłam pasy, czułam się, jakby zamknęła mnie w trumnie z przeszłością, której nie chciałam oglądać. Jednak nadszedł ten moment, by zrobić kolejny krok.
Lei spał w moich ramionach, jego małe dłonie zaciskały się na moim swetrze, a ciałko dociskało do piersi. Oddychał miarowo, spokojnie, zupełnie nieświadomy burzy, która szalała we mnie. Wciąż był tak niewinny i dodawał mi nieco siły, bo teraz tylko on się liczył.
Nie zasnęłam ani na minutę. Całą podróż myślałam o tym, co czeka mnie po wylądowaniu tuląc do piersi małego chłopca.
Richmond.
Część Londynu, prawie jak osobne miasto.
Dom, który znałam przez cale życie. Ulice, którymi chodziłam do szkoły, park, gdzie czytałam książki pod klonem. I miejsce, w którym… Nie. Jeszcze nie. Jeszcze za wcześnie, by to roztrząsać. Nadejdzie ten moment, gdy będę musiała się zmierzyć ze swoją przeszłością.
Kiedy koła samolotu dotknęły pasa startowego, moja szczęka się zacisnęła. Mój tik, nawyk… objaw nerwicy… Czułam metaliczny posmak w ustach, jakby wspomnienia wracały w formie fizycznej. Serce biło nierówno, gardło miałam suche. To było jak lądowanie w równoległym życiu — innym świecie, w którym nie byłam już tą samą dziewczyną. Czy aż tak można się zmienić w przeciągu dwóch lat?
Wróciłam jako matka. Kobieta silniejsza po złamaniu, którego doznałam. Odpowiedzialna, pewna siebie, i mająca dość na koncie by sobie poradzić w życiu.
Wysiadłam z samolotu inna, zupełnie inna niż ta dziewczyna wsiadająca na pokład dwa lata wcześniej.
Ojciec nie przyszedł po mnie na lotnisko. Wysłał kierowcę. Typowe dla niego — dystans podszyty obowiązkiem? Nie. Raczej jak zwykle zakopał się w papierach by nie myśleć. Może nie wiedział, jak się zachować. Może nie chciał. A może, jak zwykle, udawał, że wszystko można przykryć ciszą i herbatą w porcelanowych filiżankach. Udawać, że nic się nie stało. Pomógł mi wtedy, ale odciął się jak tylko znalazłam się za oceanem.
Gdy czarne auto wjeżdżało na znajomą ulicę, odwróciłam głowę od szyby. Za dużo znajomych miejsc. Za dużo duchów, które mogłyby mnie wypatrzyć przez szkło. Chciałam jeszcze trochę pozostać anonimowa.
Dom był taki, jak go zapamiętałam. Duży, ceglany, ze starymi schodami prowadzącymi na werandę. Białe okiennice, których nikt nie odmalował od lat. Krzew róży przy furtce, który wciąż rósł dziko, jakby buntował się przeciw wszystkiemu. Niepozorny, ale w środku był dla mnie magiczny.

Lei rozbudził się, gdy przeniosłam go na rękach do środka. Spojrzał na mnie pytająco, z tym dziecięcym zaufaniem, które łamało mi serce. Był za mały, by rozumieć. Za niewinny, by się bać.
Ojciec czekał już na mnie w holu.
— Aurora — powiedział. Sucho. Jakby sprawdzał, czy to naprawdę ja. Przyglądał się niepewnie.
— Cześć, tato — odpowiedziałam, zmuszając się do uśmiechu. — To Lei.
Spojrzał na dziecko przez sekundę, jakby patrzył na zupełnie obcego człowieka. A może patrzył właśnie tak, jak zwykł patrzeć na mnie, kiedy byłam nastolatką — jak na zagadkę, której nigdy nie próbował rozwiązać. Tyle lat pod jednym dachem, ale wciąż byliśmy jakby obcy wobec siebie.
— Twój syn? — zapytał.
iwnęłam głową.
— Tak. – potwierdziłam tylko.
Nie zapytał o ojca. Nie zapytał o szczegóły. Nigdy tego nie zrobił, nawet gdy zadzwoniła do niego moja matka, aby go poinformować o ciąży. Był zbyt dobrze wychowany, żeby być bezpośredni, i zbyt tchórzliwy, żeby chcieć znać prawdę.
Odwrócił się tylko i poprowadził mnie do pokoju gościnnego, tego samego, w którym kiedyś nocowała matka, zanim wyjechała na zawsze.
Zasnęłam dopiero o czwartej nad ranem, z Lei’em przy piersi. Jego małe ciałko ciepłe pachniało wciąż mlekiem i posypką dla dzieci. Nakarmiony, przewinięty i bezpieczny w moich ramionach.
Leżałam w pościeli, wciąż pachnącej lawendą i kurzem, wsłuchiwałam się w ciche trzaski starego domu. Było coś niepokojącego w tej ciszy. Jakby dom sam trzymał oddech.
Następnego dnia zaczęła się nasza nowa rutyna.
O szóstej Lei się budził. Karmiłam go, przewijałam, ubierałam. Schodziliśmy na dół, gdzie kuchnia była zimna i milcząca, a ojciec jeszcze nie wstawał. Gotowałam owsiankę, robiłam kawę, włączałam cicho radio. Potem bawiłam się z Lei’em w salonie — układaliśmy klocki, czytałam mu książeczki, pokazywałam obrazki na ścianach. W międzyczasie odrabiałam zadania na studia, dziękując za możliwość nauki zdalnej.
Popołudnia spędzaliśmy w ogrodzie. Lei raczkował po trawie, śmiał się z ptaków, łapał za moje palce. Patrzyłam na niego i czułam, jak pęknięte miejsca we mnie nieco się zabliźniają. Ale tylko trochę. Głębokie rany nie goją się łatwo.
Wieczorami kąpałam go, śpiewałam mu kołysanki, których nauczyła mnie matka. Potem siedziałam przy oknie w pokoju i patrzyłam na ulicę. Czekałam.
Wiedziałam, że coś się zbliża.
Że prędzej czy później, on dowie się, że wróciłam.
Czasami, w środku nocy, budziłam się zlana potem, z obrazem jego twarzy w głowie. Nie tej z gazet, nie tej z przyjęć i bali — tej sprzed dwóch lat, gdy patrzył z pożądaniem, gdy śmiał się z mojej naiwności, a potem mnie gonił.
Nie powiedziałam ojcu wszystkiego. Wiedział tylko, że coś się wydarzyło. Że uciekłam. Że było źle. Ale nigdy nie dopytywał. Może nie chciał znać prawdy. Może nie był gotowy na to, co miałabym mu do powiedzenia. Zrobił swoje, pomógł go odsunąć a mi zniknąć.
Ja jednak wciąż… nie byłam gotowa mówić.
Jeszcze nie.
Na razie musiałam oddychać. Od nowa.

Ojciec niemal się nie odzywał.
Nie przeszkadzał, nie komentował, nie pytał. Był obecny w domu — w głosie z gabinetu, w stukocie porcelany o blat stołu, w dźwięku zamykanych drzwi od lodówki. Ale rozmowy między nami były krótkie, jakbyśmy rozmawiali przez szybę. Nie było w nich ani ciepła, ani złości. Po prostu cisza. Gruba, sztywna, jak kotara w teatrze — a za nią wszystko, czego żadne z nas nie chciało dotykać.
Czasem przyłapywałam go, jak obserwuje mnie i Lei’a z końca korytarza. Jakby próbował dopasować nasz obraz do wspomnień, których nie miał. Nie był złym człowiekiem — tylko zbyt zamkniętym, zbyt dumnym, by przyznać się do błędów, zbyt chłodnym, by powiedzieć „tęskniłem”. Nie był już tym człowiekiem, którego znałam z dzieciństwa. Zmieniła go moja matka, gdy odeszła… opuściła nas i wyjechała za ocean.
Kiedyś byłam na niego wściekła. Teraz… nie czułam nic. Chłód się rozlał i zastygł we mnie, jak lód, który nie chce stopnieć.
Mijały dni. I coś we mnie zaczęło się budzić. Widziałam, że czas ruszyć do przodu.
Nie chodziło tylko o Lei’a, choć jego obecność była jak balsam dla duszy. Chodziło o to, że wracałam do przestrzeni, którą znałam na pamięć, a mimo to czułam się w niej jak intruz. Każde skrzypnięcie podłogi, każdy obraz na ścianie, każdy pokój — wszystko mówiło do mnie językiem przeszłości. Ciężko było wyrzucić to z głowy.
Weszłam pewnego dnia do starej biblioteki. Półki sięgały sufitu, a w powietrzu unosił się zapach kurzu i papieru. Usiadłam na fotelu pod oknem — tym samym, na którym siadywałam jako dziecko z książką na kolanach. Wtedy chciałam uciekać w światy, które nie istniały. Teraz chciałam tylko przestać czuć.
Wciąż mogłam się na nim pobujać, choć chwile zrelaksować.
Znalazłam starą fotografię — moja matka, ja i ojciec. Uśmiechnięci. Wszystko udawane, a jedynie mój uśmiech promieniał. Nie widziałam tej burzy w ich oczach.
Spojrzałam na zdjęcie raz jeszcze, na siebie, i znów zobaczyłam tamtą noc. Przypomniałam sobie tą uciekającą dziewczynę. Potrącenie. Szpital. Krew. Strach. Wymioty. Przysięgę, że już nigdy nie wrócę.
A jednak byłam tu. Wróciłam.
Bo coś mnie pchało. Nie tylko Lei. Nie tylko poczucie odpowiedzialności.
Zemsta.
Nie wypowiedziana. Nieplanowana. Jeszcze niedojrzała. Ale obecna jak ziarno. Czas by zrobić to co należy.
***
Z czasem wprowadziłam więcej rytuałów w naszą codzienność.
Chodziliśmy z Lei’em do parku, tego samego, gdzie jako dziecko karmiłam kaczki. Spotykałam tam ludzi — głównie starsze kobiety z psami, czasem matki z dziećmi. Rzadko z kimś rozmawiałam, ale słuchałam. Nauczyłam się milczeć, nie dlatego, że nie miałam nic do powiedzenia, ale dlatego, że cisza chroni. Miałam kogo chronić.
Zaczęłam gotować obiady, nie dla ojca. Dla siebie. Z prostych składników. Rytuał mieszania zup, obierania warzyw, parzenia herbaty dawał mi złudne poczucie kontroli. Lei raczkował po kuchni, czasem podjadał banana, czasem bawił się plastikową łyżką. Śmiał się wtedy, bezwstydnie, do łez. Sprawiał, że i ja się uśmiechałam. Patrzyłam na niego i powtarzałam w myślach: To wszystko, co się liczy. On. On jest wszystkim.
Ale prawda była taka, że on był też 'pamiątką’, przypomnieniem. Jego oczy, jego włosy… Miały ten sam odcień. Ilekroć na nie patrzyłam, widziałam tamtą noc. I tamtą twarz. Calluma.
Kiedy Lei zasypiał wieczorami, pisałam. Robiłam notatki. Szkice. Spisywałam fragmenty. Strzępy wspomnień, które były jak drzazgi pod skórą. Musiałam je wyciągać, choć bolało:
„Pachniał dymem i miętą. Śmiał się jak ktoś, kto wie, że może wszystko. I ja mu na to pozwoliłam.”
„Byłam dzieckiem. On to wiedział. Ale nie przestał.”
„Kiedy zrozumiałam, co wysłał — jak mówił o mnie przy kumplach — coś we mnie pęklo. Jak skóra rozcinana od środka.”
„A potem był samochód. Bieg. Krzyk. Światła. Ciemność. Jego oczy nade mną.”
Nie wiedziałam, po co to piszę. Może po to, by przypomnieć sobie, że to nie był sen.
W nocy śniłam, że wracam do tamtego pokoju. Że znowu widzę jego oczy. Że znowu słyszę ten śmiech. Budziłam się z krzykiem, a Lei zaczynał płakać, przerażony.
Przytulałam go. Cała się trzęsłam. Był moim ukojeniem, moją nadzieją.
Miałam osiemnaście lat. Ale w środku wciąż byłam tą szesnastoletnią dziewczyną, która myślała, że miłość to gesty, a nie intencje.
Nie wiedziałam jeszcze, co mnie czeka w przyszłości.
Ale wiedziałam też jedno:
Callum Everhart mnie nie zapomniał.
I ja jego też nie.

