Aurora
Nie zapomniałam ani sekundy.
Ani tego, jak na mnie patrzył.
Ani tego, jak mówił, że jestem wyjątkowa.
Ani tego, jak jego przyjaciele śmiali się w tle, a ja wciąż miałam jego smak na ustach.
Miałam szesnaście lat, kiedy dałam mu wszystko.
Zrobiłam to z naiwności, nie z głupoty. Myślałam, że jeśli chłopak, a raczej mężczyzna, z idealną twarzą i nazwiskiem znanym w całym Londynie patrzy na mnie tak, jakby widział tylko mnie – to to coś znaczy.
Znaczyło. Ale nie to, co myślałam.
Podsłuchałam ich rozmowę.
Śmiali się z tego, jak mnie „rozebrał słowami”, jak „pękłam” pod dotykiem jego palców.
Opowiadał, co mi zrobił, jak wyglądałam, gdy dochodziłam. I że wysłał im zdjęcia. Zdjęcia, które zrobił, gdy zasypiałam.
Uciekłam. Boso, we łzach, z rozpaczliwym wstydem sączącym się spod skóry.
On mnie gonił. Krzyczał coś. Wbiegłam na ulicę. Potem światło. Huk.
W szpitalu leżałam z ciałem w szwach i sercem w kawałkach.
Wybłagałam ojca, żeby go nie wpuszczał. Dal ochroniarza…
A potem uciekłam. Daleko.
Do mamy. Do ciszy. Do samotności.
Do miejsca, gdzie mogłam wreszcie złapać oddech.
I gdzie …
Dziś wieczorem wracam do Richmond.
Wrócę w sukni, w jakiej nikt nie zapomina kobiety.
Na przyjęcie, na którym on – Callum – ma znaleźć sobie narzeczoną.
Nie jestem tu, by go odzyskać.
Nie jestem tu, by się go bać.
Jestem tu, by odebrać to, co mi zabrał.
I przypomnieć mu wszystko.
Nie jestem już dziewczynką… i nie jestem już sama.
